Trasa z dnia dzisiejszego czerpie inspirację z wyjazdu: "55 000" Aurelio !:"
- Jezioro Czaplińskie. A raczej powinna czerpać :D Przecież moją inspiracją nie było to, aby się wyjazd nie udał... A tak się stało... Nic mi dzisiaj nie szło taki pechowy dzień i co kilka km dalej to coraz większe problemy. Ostatecznie nie udało się ukończyć skromnej trasy - wyszłoby nie całe 50 km ale się ostatecznie i w całości nie udało tego planu zrealizować. To jest po prostu nie wiarygodne aby tyle się zebrało nie powodzeń na jeden dzień - kończę trasę z padniętymi hamulcami - obydwoma - i tylny i przedni jednocześnie. Kończę trasę na "zezowatym" kole tylnym. Coś pierdzielnęło bardziej i się rozlazło - trzeba centrować + wymienić brakującą szprychę. Do tej pory nie sprawiało problemów - kręciło się. To w końcu koło 36h no bez przesady aby na 35h był problem... Do tego stopnia... No a jest. A na koniec mojego pechowego dnia - poszła dętka również w tym kole. I koniec... Nie mam ani sensownej pompki ze sobą ani zapasowej dętki. I koniec. A gdyby tego było mało to oczywiście są problemy z aparatem Sony DSC HX350... Średnio działa... I coraz gorzej, nie wiem czy jeszcze przetrwa czy to już po nim będzie. No szkoda mi go ale co zrobić... No po prostu tak pechowy i tak nie udany wyjazd, że naprawdę... A tak się cieszyłem na niego. Bo i pogoda dopisała nie jest przecież najgorzej. I fajnie mogłoby być a nie jest... Wyjazd też od początku się nie udawał, nie dość, że trafiłem na takie drogi - nie dość, że górzyste albo strome podjazdy albo ostre zjazdy... To jeszcze mokre te drogi po tych deszczach bo w tych ostatnich dniach to nic się innego nie dzieje jak tylko pada i pada bez opamiętania... Wczoraj zresztą też padało to jak dzisiaj miałoby być lepiej... W nocy też... Nie zdążyło podeschnąć. A to jeszcze taka droga brukowa... Nie szło jechać. Musiałem duże fragmenty prowadzić bo jak tu jechać bez hamulców. Na koniec już było całkiem wesoło bo bez powietrza. Gdy się tak stało to miałem koło 20 km (może kawałek więcej) do Czaplinka, nie powiedziane, że do samochodu bo tam pewnie dodatkowe kilometry... I koniec. Po trasie. Szkoda było tego dnia zapowiadał się naprawdę fajnie. Choć od rana trochę chłodno, i był wiatr. Więc było nie przyjemnie. No ale ogólnie... Sporo słońca... Kilka fajnych fotek zrobiłem szkolnym Nikonem Z FC z obiektywem 28 mm. I kilka telefonem - moją wciąż nową Xperią 1 V (mam ją dopiero od lipca) i jeszcze się nie przyzwyczaiłem do myśli, że do obecna codzienność... Cholerny dzisiejszy wyjazd - mogę śmiało napisać - ponad 20 km po ostatecznej awarii. Choć mówiąc szczerze próbowałem kawałek jechać bez powietrza. Jednak szkoda niszczyć i oponę i koło... Tutaj wyrażę mój żal do firmy Schwable. Ich produkty zawiodły mnie ostatni raz. Czas zmienić opony - bo coraz gorsze te tylne Schwable są. Coraz krócej wytrzymują - bywały takie, na których śmiało robiłem po 10-12k km na tylnym kole i nic się nie działo - a coraz częściej mam przypadki jak obecnie, że kilka msc pojeżdżę i to się sypie. Albo same opony są gówniane i się sypią (np. bicia dostają): "Świdwińska rzeźnia". Wszelkie szczegóły oczywiście są (czy będą) dostępne w raporcie części & kosztorysu Aurelii. Do tej pory ten raport nie był publicznie dostępny ale począwszy od 2023 r. będę go wrzucał wraz z innymi raportami rowerowymi w podsumowaniu roku rowerowego (Podsumowanie 2022 r.). W załączeniu oczywiście nie będzie raportu... No ale zainteresowane osoby na pewno wejdą w raport za 2023 r. gdy będzie już dostępny - w końcu to bliżej niż dalej. W końcu wkrótce koniec roku rowerowego - tam przecież będą wydarzenia z dzisiejszego wpisu nr 1323... (opisanego na blogu) bo w rzeczywistości tych tras było nieco więcej. Jednak obecnie eksploatowane części (klocki hamulcowe, koła, opony i dętki) są historiami w pełni dostępnymi na blogu... Oczywiście zapraszam i zachęcam do własnych analiz przedstawionych danych i wynikających z nich wniosków. Krótko mówiąc tak jak głosi tytuł - dzisiejsza jazda nie zbyt mi się udała... No ale zdarza się. Czasem mam nie udane wyjazdy. Przynajmniej nie wyjechałem nie wiadomo jak daleko... Tylko do Czaplinka. Gorzej gdyby poniosło mnie gdzieś dalej a tam takie awarie!...
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1 * Poprawka licznika z powodu bugów 2023 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
ID wpisu: 1330
Trasa nr [łączna]: 1409
Trasa nr [na blogu]: 1323
W tym tygodniu: 4
W tym miesiacu: 3
W tym roku: 163
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1396 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1310 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 13 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 18528.9 km
Stan Licznika Końcowy: 18565.02 km
Stan Licznika Końcowy2*: 18445.62 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 31006 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 31042 km
Maksymalna prędkość: 24.7 km/h
Przejechałem: 36.12 km
Przejechałem [msc]: 88.99 km
Przebieg roweru [rok]: 6210.55 km
Przebieg roweru [suma]: 55264.8 km
Przejechalem w 2023: 6210.55 km
Podroż dookoła świata (2023) 15.5264 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 138.162 [%] km
Czas jazdy: 04:11:55 h
Czas Jazdy Suma (blog): 3302:40:37 h
Czas Jazdy Suma (2023): 417:58:49 h
Czas Jazdy Suma (listopad): 08:09:20 h
Czas Jazdy Suma (ever): 3526:06:45 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 02:43:07 h
Średni czas jazdy w tym roku: 02:33:51 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:29:00 h
Średnia: 8.63 km/h
Dzisiejsza trasa miała pozwolić mi objechać jezioro Drawskie. W tym celu z Czaplinka ruszyłem do wsi Siemczyno. Już na "dzień dobry" wpakowałem się w wyżynne drogi. Wiedziałem, że tak będzie - w końcu nie pierwszy raz tu jadę. Byle do Siemczyna to dalej jakoś pójdzie. I jadąc do Siemczyna to jeszcze miałem sprawne hamulce - taka historia... Choć ciężko, i niepotrzebnie robił się duży ruch na DK20 - tym kierowcom jak zwykle odwala... To dojechałem do Siemczyna i odbiłem na Rzepowo. Po drodze fajne strony - wiele wiejskich akcentów. Do czasu... Pierwsze poważniejsze problemy nastąpiły w Piasecznie - skąd chciałem się dostać na Zatokę Harcerską. Początkowo szło mi dobrze... Mijałem Piaseczno, udawałem się na kolonię Piaseczna. Jednak tam drogi całe pozalewane wodą, wszystko stoi w błocie i w żółto-czerwono-brązowych liściach, które zdążyły opaść z drzew. Tereny całkowicie mi obce, nie opisane drogi. Zaryzykowałem, że wybiorę się pod camping. I wybrałem się pod niego, i z niego prosto taką jeszcze w miarę przejezdną polną drogę. Piękne strony, dookoła pastwiska. Moją dobrą passę przerwał jednak znak ostrzegający przed bykiem na polu. I otwarty dostęp do pastwiska, nie chronił go pastuch - nie chroniło go nic. Według mapy można było ruszyć dalej aż po Zatokę Rękawicką. Wtedy jednak tego nie wiedziałem i się wycofałem w stronę campingu przed nim była jeszcze jedna polna droga z kierunku mojej jazdy odbijająca w prawo. I tam pojechałem. Dojechałem do drogi prowadzącej na kolonię Piaseczna, na którą to kolonię ostatecznie nie dojechałem tylko pojechałem "za przeczuciem" na drogę, która miała wieść w stronę Zatoki Harcerskiej. I faktycznie do pewnego momentu była droga, przelana wodą... Te deszczowe dni nikomu nie służą. Wszędzie jest tak mokro, tyle błota... Wszystko stoi w tej wodzie. No cóż, przebijam się dalej i już wtedy mogłem wyczuć, że mam problem z hamulcami... Bo nie szło wyhamować prowadząc rower ze wzniesień. Tłumaczyłem to sobie tym, że pewnie jest grząsko, ślisko... Tu sporo błota i wilgoci. I dlatego tak jest... I dlatego nie idzie wyhamować trzymając obydwa hamulce na maksa wciśnięte. A pewnie było tak, że zostało mi tylko tyciu tyciu klocków a w tych warunkach starłem je szybko do końca... I był problem - większym to jednak było pchać się w to. Pchałem się dalej w tą drogę i w pewnym momencie zszedłem z celu, oddaliłem się od zatoki Harceskiej (nie świadomie). Jednak dalej tu nic nie było widać - przy brzegu drzewa wysokie. I tyle z eksploracji. Jednak nie potrzebnie się nie poddałem. Walka za wszelką cenę nie zawsze jest korzystna. Skręciłem dalej w głąb tych mokradeł dochodząc prawie do końca istniejącego lądu. Tam wszystkie łąki w wodach stały... A ja się przez to na siłę przedzierałem - tracąc przy tym mnóstwo czasu i energii jak się okazuje nie potrzebnie. Po wielu dalszych trudach udało mi się stąd wrócić znowu do Piaseczna skąd ruszyłem prosto do Rzepowa. Nie minęła dłuższa chwila nim asfalt choć dziurawy bo dziurawy zaczął się zmieniać w brukową drogę. A ja w tą w pełnym impecie wbiłem się nie świadomy tego, że nie wyhamuję. Przez tym brukiem na hamulce a one nic... Miałem nawet wrażenie, że im mocniej hamuję tym tylko prędkości nabieram. I było już jasne i to przed Rzepowem, że nie mam hamulców. Odtąd dalsza droga to była męczarnia. I ta męczarnia trwała aż do drogi z Cieszyna na Złocieniec a w drugą stronę: Nowe i Stare Worowo. Przejazd z Rzepowa do tej drogi to były kolejne kilometry męki i w zasadzie pokonane na pieszo. Nie dość, że problemem była droga to jeszcze rozładowane akumulatory. Kolejna walka... No ja same bitwy toczę bez realnych sukcesów. Jednak dało radę jechać. Bez hamulców - z górek hamować. Dało radę jechać... Na drodze przy Cieszynie było lepiej - przynajmniej asfalt. Nie wiedziałem co czeka mnie dalej. Obawiałem się, że brukowe drogi powrócą. Nie powróciły - również czekał mnie asfalt - gdy w Nowym Worowie odbijałem na Warniłęg - przed tą wsią wyczułem mocniejsze bicie koła tylnego latało już z lewa na prawo i znowu to samo... Dało radę jechać, i dało radę z tym żyć. Gorzej było z tym co się stało w połączonej z Warniłęgiem wsi Jadwiżyn. Pojawił się dziwny dźwięk. Jakby szuranie. Miałem wrażenie, że może liść wpadł między koło a błotnik i hałasuje. Nawet się kilka razy zatrzymywałem i nie wiedziałem w czym rzecz. Odkryłem to dopiero wyjeżdżając ze wsi Jadwiżyn gdy wyraźnie jechało mi się gorzej - tak bez sił, zbyt ciężko. I co się okazało? Zeszło mi powietrze w tylnym kole a ja tak koło 2-3 km cisnąłem mimo to... No tak do zera nie zeszło. Trochę się utrzymało - nie mniej dętka poszła z jakiegoś powodu i nie wytrzymała presji jaką wywołała dzisiejsza trasa. I to już był w zasadzie koniec. Przeszedłem jeszcze kawałek do najbliższego przystanku autobusowego. I koniec. Pompka, którą mam przy rowerze do niczego się nie nadaje i niczego nią nie napompuję. Tą porządną pompkę nie wożę, jest za duża i nie wygodna. A na domiar złego to nie mam dętek. To bez sensu pompować bo i tak zejdzie... Nie miałem wyjścia - zadzwoniłem po ojca aby przyjechał po mnie. Jednak nim tu dotarł to sporo czasu minęło. W tym czasie zdążyłem z okolic Jadwiżyna dojść aż do Bolegorzyna - skąd mnie odebrał. Po drodze w jesiennych akcentach zrobiłem kilka fotek. I przetrawiłem porażkę. Nie pojechałem w planowane miejsca - na półwysep Uraz, gdzie jest zatoka Uraz (i hotel!) - sporo się reklamują czyli pewnie są fajni. Ani nie pojechałem na urbex (opuszczony ośrodek wypoczynkowy) w Starym Drawsku. Zostawię to sobie na kolejną okazję. Dzisiaj już nic z tego... Przyszło mi wracać z porażką... Tak naprawdę duża część dzisiejszej trasy była pokonana na pieszo aniżeli przejechana...
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)