05.06.2021
Jazda nr: 841

Tagi: BB, drzewa, zs, zach_slonca, wiejskie_przygody |

Dzisiejsza trasa nie należy do tych najlepszych i najbardziej udanych. Spodziewałem się, że może być ciężko i trudno. Może w innych okolicznościach bym sobie poradził, byłem przecież do pewnego momentu nawet dobrze przygotowany, cały czas w grze. Wysoka forma. Jednak nie byłbym wstanie i tak dopierdalać za nimi po bezdrożach, miejscach - gdzie nie ma dróg. To nie są miejsca do jeżdżenia nawet w dzień a co dopiero po nocach. Wiele złych zdarzeń kumuluje się wokół tej trasy. To nie tylko moje nie dawne osłabienie, bo po tym przeziębieniu coś gorzej mi się jeździ i nadal nie wróciłem do pełnej formy: Walcząc z przeziębieniem. To także trwająca od wczoraj migrena. Ale już w tygodniu coś się gorzej czułem, gorzej mi się jeździło. Mam nadzieję, że to tylko takie przejściowe stany i wkrótce wrócę do swojej formy. W końcu jeszcze tyle dróg, tyle miejsc, tyle przygód przede mną. A zmarnowałem wszystko, włącznie z długim czerwcowym weekendem na ten bezsensowny rajd. Niepotrzebnie się w ogóle na niego zapisywałem na początku 2021 r. No ale wtedy nie wiedziałem jak będzie, robiłem już długie trasy. Wszystko fajnie szło. Do czasu trasy: Zamek Joanitów 2. Po niej przyszło to osłabienie, wszystko się walnęło. Gwałtowne zmiany w pogodzie też nie pomagają. I obecnie jestem na poziomie zrobienia gdzieś ze 100, może 110 km. Może jakoś bym te 160 przejechał, ale raz, że noc a potem teren i ta niczym nieuzasadniona rywalizacja. Dowalanie, prędkość i bardzo negatywne i złe zachowanie towarzysza BB. Już kurwa z tym narwańcem nigdzie nie jadę. Tak naprawdę co dopiero go poznałem, nic kurwa o nim nie wiem. Ale po dzisiejszym dniu już wiem, że to jest kurwa jebany nienormalny narwaniec. Jak kurwa ze mną jechał nie długą trasę to zrezygnował jak dziecko, bo deszcz padał. I widać było, że słabo mu idzie. Nie jego dzień. No dobra, co do tego, że był zmęczony to rozumiem nie oceniam. Czasem też jestem. Tylko dzisiaj wykorzystuje to, że był w lepszej formie. Mnie przede wszystkim osłabiła migrena, miałem jej mocny atak wczoraj tj. 04.06, i dzisiaj też mnie zaczęła brać (tj. 05.06). Byłem na wielu tabletkach. Muliło mnie od początku trasy, źle się czułem jeszcze długo. Jedyne czego NIE POTRZEBOWAŁEM to nie zdrowej rywalizacji aby cisnąć ponad rozsądek bo kurwa trzeba dojechać do Punktu Kontrolnego. Jak się przyjedzie za późno to nie dostanie się żarcia ani nic. Chore. Skoro to takie problemy są to powinna trasa być tak wyznaczona aby punkty były tylko na stacjach paliw a dojazd do nich prosty i możliwy. Bo stacje są całodobowe i nie ma znaczenia kto o której dojedzie. A tu był jakiś problem, skoro robią to w jakimś wypizdowie. A dojazd tam to istna przeprawa w piachach, dziurach. Do tego trasa nie jest oznaczona. Miał jeden z organizatorów zamykać peleton. Więc jechać z tymi najwolniejszymi. No ale nie, kurwa popędził z grupą.. Wielka hańba dla 147 UltraBike. Jak już kurwa tak chcą to niech naprawdę robią tą selekcję zawodników, bo nie wiem oni są kurwa bardziej jebnięci niż Gryfusy.. Bo nawet oni nie są tak pojebani. Dopierdalać nie wiadomo po co. I dobrze, że nie posłuchałem się BB, żeby nie brać żadnego żarcia, picia ani nic. Bo jak się wspaniale okazuje jakbym na Punkt Kontrolny dojechał za późno to bym nic nie dostał. Więc skoro w wspaniałym zamyślunku 147 UltraBiku trzeba dojechać do konkretnych PK w określonych godzinach to niech spierdalają. No nie wiem po co była ta mowa, że to nie są wyścigi skoro tak pomknęli, że nie wiem czy bym autem dał radę ich gonić.. I jestem ciekaw jak oni sobie przez te piachy w puszczy Goleniowskiej w stronę Sowna poradzili. Czy tam też tak jechali jak wariaci czy prowadzili rowery. No bo ja mówiąc wprost: ciągnąłem swój w tym piachu i tak nie miałem sił tego robić. Na trasie miałem już dwa słabe punkty, pierwszy jeszcze w Szczecinie na ul. Gdańskiej, drugi właśnie w Puszczy Goleniowskiej, rozjebanej przez wszystkich. Całe drogi zniszczone, zasypane piachem. Wszystko powycinane, poniszczone.. Te drogi powinny być utwardzone, szutrowe. A nie takie coś co tam miało miejsce.. To jest chore.. Już miałem w tym Sownie zrezygnować. Te poganianie i niewymowne pretensje ze strony BB, że jesteśmy w tyle, że nie dojedziemy. A niech spierdala. Jak tak bardzo chce to niech ich goni. Ja bym sobie na spokojnie pojechał i może jeszcze miałbym szansę. A tak, nie stanąłem kiedy trzeba odsapnąć, napić się. Tylko goniłem jego i jego chore ambicje, których miał już nie mieć ze względu na to, że 3 razy przejechał tą trasę! Przynajmniej tak twierdzi. Wobec tego po co było mu gonić, bo kurwa bufet na PK zamkną?! To byłoby nie honorowe z ich strony. Bo czeka się na każdego zawodnika. Nie ważne ile. No trudno jak ktoś dojedzie po 3h a inni byli po godzinie. Takie życie.. Tego jednak wymaga honorowe zachowanie, nie dyskryminowanie nikogo. I tak, mogłem z powodzeniem zrezygnować. Miałem sporo obaw. I może gdyby nie to, że dowaliła się migrena, osłabienie przez nią i silne tabletki na ból głowy, to może byłoby inaczej. Teraz nie wiem jakby było. Jednak chciałem zrezygnować już w Sownie. Ostatecznie jednak poddałem się w Maszewie. Potrzebowałem dłuższej chwili na regeneracje, ale oczywiście BB chciał już gonić. Powiedziałem mu nawet, żeby poczekał jeszcze dłuższą chwilę to zobaczę czy dam radę jechać. No ale nie, ważniejsza była durna rywalizacja. Zakodował sobie w durnym łbie, że mamy być maks na 7 rano na miejscu i chuj do tego próbował dążyć. Dla mnie to nie miało sensu. Więc poddałem się w Maszewie. To przez namowy BB, męczył mnie długo abym jechał, abym jechał nie zrezygnowałem. Choć przez to jak się czułem jeszcze przed wyjazdem miałem ochotę zrezygnować.. Mogłem ten dzień spędzić inaczej. Zrobić znaczącą trasę, choćby drugi objazd trasy Płotowskiego maratonu. A nie zmarnować go na chore wyjazdy dopiero o wieczornej porze. To jest nienormalne po prostu. Nie mam takiego zdrowia by mieć taką pewność, że wybranego dnia o dowolnej godzinie na pewno będę się dobrze czuł. U mnie to tak nie działa. I to dyskwalifikuje mnie w wielu sytuacjach, np. w pracy zmianowej.. Czy właśnie takich wyjazdach..
brak

* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1
  • ID wpisu: 846

  • Trasa nr [łączna]: 927
  • Trasa nr [na blogu]: 841
  • W tym tygodniu: 4
  • W tym miesiacu: 3
  • W tym roku: 101

  • Trasy unikalne [dzień = trasa]: 918 dni [łączna]
  • Trasy unikalne [dzień = trasa]: 832 dni [na blogu]
  • Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 9 dni

  • Stan Licznika 2* Poczatkowy: 0 km
  • Stan Licznika 2* Końcowy: 0 km

  • Maksymalna prędkość: 32 km/h

  • Przejechałem: 57.08 km
  • Przejechałem [msc]: 104.58 km
  • Przebieg roweru [rok]: 3781.14 km
  • Przebieg roweru [suma]: 35792.5 km

  • Przejechalem w 2021: 3781.14 km
  • Podroż dookoła świata (2021) 9.4529 [%] km
  • Podroż dookoła świata (łączna) 89.4812 [%] km

  • Czas jazdy: 04:23:11 h
  • Czas Jazdy Suma (blog): 2041:47:04 h
  • Czas Jazdy Suma (2021): 241:13:24 h
  • Czas Jazdy Suma (czerwiec): 07:12:00 h
  • Czas Jazdy Suma (ever): 2265:13:12 h
  • Średni czas jazdy w miesiacu: 02:24:00 h
  • Średni czas jazdy w tym roku: 02:23:18 h
  • Średni czas jazdy do tej pory: 02:24:48 h

  • Średnia: 13.02 km/h
Trasa z dnia dzisiejszego być może nie jest moją pierwszą, i na pewno nie ostatnią porażką, ale prowadzi mnie do ważnych i utartych sloganów, które znajdują odzwierciedlenie w mojej amatorskiej rowerowej karierze. Przecież nie jestem zawodowcem, nie muszę się o wszystko spinać. Nie jeżdżę na czas. Ktoś musi być ostatni, więc nie będę się zabijać o to aby wypaść jak najlepiej, skoro wiadomo, że i tak nie mam szans. Nie zależało mi na podium. Zresztą było mówione, że to nie są zawody, że to nie są wyścigi. To podkreślali organizatorzy. A jednak sami sobie zaprzeczyli i to szybciej niż ktoś zdążyłby zapomnieć o ich słowach, bo już w pierwszych minutach rajdu zapomnieli o tym, że to przecież nie są wyścigi, że przecież nie o to w tym chodzi. A jednak kilka czynników w tym niezdrowa niczym nieuzasadniona rywalizacja, sprawdziła, że dzisiejsza trasa nie jest pierwszą, nie jest ostatnią porażką. Jednak nie można niczego zyskać, nigdy nie przegrywając. Przecież każdy sukces podyktowany jest wieloma porażkami, wpisują się one w życie. Moje sukcesy to najlepsze - niekoniecznie najdłuższe trasy. Czasem bywa jednak tak, że nie jeżdżę tak dużo i tak dobrze jakbym chciał. Nie mam na to wpływu. Pokonuję swoje słabości, walczę z nimi bowiem miarą sukcesu jest suma porażek. Dziś była porażka. Nie oszukujmy się jednak, ale czułem, że tak będzie. A mimo wszystko podjąłem inicjatywę, podjąłem się przejechania tej trasy mimo wielu trudności i zdrowotnych problemów, które ciągną się w zasadzie cały tydzień za mną. Nie szukam tu usprawiedliwiania czy pocieszenia. Tylko wskazuję na to, że nie każdy ma predyspozycje do bycia sportowcem. A często ci co takowe predyspozycje posiadają w ogóle z nich nie korzystają - antyrowerowcy z Reska na ten przykład. Mając jego możliwości, dzisiejszy dzień pewnie potoczyłby się zupełnie inaczej. W końcu, wiele z tych osób co osiąga te spektakularne sukcesy, pokonało tą dzisiejszą trasę w te 7h czy tam 8h, nie jeździ tak dużo i wytrwale jak ja. Dzisiaj nie pytałem innych o to, ale wątpię czy ktoś ma więcej niż 3700 km przejechane od początku roku. A to jednak nie przeszkadza im być lepszymi. Ja jednak walczyłem o swoje. Byłem przekonany, że BB zna trasę, poprowadzi, że nie musimy się spieszyć. Tym mnie przecież "kupił", obietnicami, że będziemy sobie na spokojnie jechać, że sobie przerwy zrobimy. A jak przyszło co do czego to były wręcz przeciwne naciski aby szybciej, szybciej. I aby mi przypadkiem do głowy nie przyszło się zatrzymać jak nie daję rady za nimi pędzić bo trzeba dojechać do kolejnego punktu kontrolnego. Ta.. Żałosny pokaz chorej rywalizacji a nie ducha sportowego. Skoro mu tak zależało być w czołówce to mógł jechać sam. W głównej mierze dzisiaj zrezygnowałem przez niego. Po 52 km przeprawy tylko do Maszewa miałem już dość tej jazdy i dalszego męczenia się i z nim i z trasą. Jakbym trzymał się mojego podejścia to możliwe, że zajechałbym dalej. A jednak na wymuszonym podejściu i pośpieszaniu straciłem za dużo sił na początku, migrena zrobiła swoje. I padłem. Walka o zwycięstwo i ze swoimi słabościami nie jest przegraną. Nie przegrywa ten co podejmuje wyzwanie, przegrywa ten co zbyt szybko się poddaje. Nie żałuję jednak, że pojechałem. A szczególnie, że pojechałem z tym furiatem. Teraz wiem co to za osoba. I nie będę z nią utrzymywał żadnych relacji. Nigdzie z nim nie pojadę. W dupie go mam. Niech sobie jeździ sam jak taki jest. Nie rozumiem tego gonienia za nie wiadomo czym. I nie rozumiem tej durnej organizacji tego rajdu, gdzie ewentualne skorzystanie z punktów żywnościowych byłoby uzależnione od tego jak szybko się do nich dojedzie. Tylko wiecie czego żałuję?, że go zabrałem ze sobą dzisiaj. Nie dość, że przed wyjazdem już na dobre padł mi licznik Sigma 600. I nie udało się go od ręki naprawić.. On się często psuł - nie chciał łapać itd. I prawdopodobnie nie łączył kabel do podstawki, dzisiaj widziałem, że jest urwany. A to dziwne, bo na ostatniej trasie działało: Makowice-Lotnisko & "Narnijskie opowieści". Więc już po godzinie 18 spieszyłem się by dojechać jak najszybciej na prawobrzeże, na os. Słoneczne do Decathlonu. Pędziłem miejscami nawet 150-160 km/h. Nie patrzyłem na zużyte paliwo. Na nic. W tym msc, za ostatnie tankowanie nie mam szans wykręcać rekordów przejechanych km na pełnym zbiorniku. Zbyt dużo szybciej jazdy. A jeszcze w Decathlonie się okazało, że żadnych praktycznie liczników nie ma. Wisiał tylko jeden i to drogi: 70 zł. A to szajs taki. Bezprzewodowy. I na dodatek się okazało, że jest bez żadnych funkcji. Pokazuje tylko przejechane km (suma), dzisiaj, i średnia prędkość. Nie pokazuje czasu jazdy, prędkości chwilowej. No szajs kurwa jakiś. No ale tak nie chciałem jechać bez licznika. To by było dodatkowe dla mnie utrudnienie. A prawda jest taka, że z kupnem nowego licznika się bujałem od miesięcy. Chciałem już dawno zakupić jakiś zapasowy licznik.. Ten na pewno nim nie zostanie, nie oferuje dosłownie NIC to po co mi on. Do tego nie wzbudza się sam po ruchu koła.. Także, strata paliwa. Męcząca jazda do Szczecina a w zasadzie pod Szczecinem, już na A6 pod węzłem Szczecin Dąbie była kolejka aut. Całe Dąbie też zakorkowane. Potem dojazd do centrum też nie był prostszy. Całe miasto rozkopane, w remontach. Trwają obecnie prace remontowe na ul. Gdańskiej, przebudowuje się al. Wyzwolenia. Przed Mostem Długim będzie rondo, kolejne utrudnienia więc wjazd na skrzyżowanie z ul. Wyszyńskiego jest nie możliwy. W ogóle dojazd i życie w Szczecinie jest nie możliwe. Jak to dobrze, że tam nie mieszkam tam nie żyję bo bym sobie nie poradził.. Zresztą z tą wymianą licznika bujam się jak z wymianą opon i napędu. Zaryzykowałem i na 147 UltraBike pojechałem bez wymiany. I teraz tak, opony mocno dostają w kość. Na przedniej jest sporo pęknięć przedniego poszycia. Na tylnej mam dziwne pęknięcie, a po drugiej stronie takie małe pęknięcia poszycia - takie jak w przedniej oponie. A mimo wszystko jechałem. A związku z tym, że nie ukończyłem trasy.. A trudne odcinki piach, szuter itd. jeszcze ciągnęły by się kilometrami zapisałem sobie takie postanowienie, że zaliczę sobie przeżycie opon całej trasy UltraBiku jeśli przeżyją co najmniej 100 km jazdy terenowej (piaski, szuter, itd) licząc od kolejnej po dzisiejszej jeździe, czyli od wpisów ID=847. Minimum w sumie 100 km jazdy terenowej muszą przeżyć te opony jeszcze :) Ciekawe czy się uda. I ciekawe czy w ogóle dożyją 20k km.. I kiedy w końcu wymienię napęd! Jakoś nigdy nie miałem na to czasu.. A wkrótce (19.06) kolejny rajd.. Możliwe, że ostatecznie i napędem i oponami zajmę się do końca Czerwca. Bo raczej więcej z tych części nie wycisnę. Oczywiście na chwilę obecną nie wiem co będzie, jaka będzie przyszłość.. No ale tak myślę, że będzie ciężko. W końcu jest to mocno dobity napęd - który ma już przejechane: 11 035 km (bez dzisiejszej trasy). Opony mają też sporo. Szczególnie przednia.. Więc czas najwyższy na wymiany. No ale czy zrobię to przed Rajdem w Płotach 19.06.2021 r.?! W którym biorę udział i mam nadzieję go ukończyć.. Na tę chwilę nie wiem. Wiem tylko, że na ewentualne wymiany czy zrobienie czegoś z tym napędem przed dniem trasy UltraBiku dzisiaj miałem za mało czasu. Aha i jeszcze ważna informacja. Dzisiejsza trasa jest moją taką pierwszą, która przechodzi z dnia na dzień ;) Dla mnie zakończyła się szybko bo tuż po godzinie 24. W zasadzie kawałek za Maszewo wzdłuż drogi DW106 w stronę Nowogardu pojechałem. I tam odebrał mnie już ojciec autem.. Po godzinie 1 w nocy. W domu byłem ok. godziny 2. I tak skończyła się moja dzisiejsza trasa. Wielka porażka i straty finansowe nie tylko na sam rajd, ale też niepotrzebne dojazdy. Mam na wszystko za mało czasu.. Na wymiany, przegląd roweru. Tak czuję, że wszystko się posypało przez te moje przeziębienie. Przed nim nad wszystkim panowałem, sporo jeździłem. A potem zonk, koniec. Wszystko się sypie i trwa to nadal. Nadal niczego nie zrobiłem dla Aurelii. Pomimo tego, że jestem na to przygotowany. Mam wszystko kupione tylko wymieniać. Ale nie, jeżdżę dalej aby sprawdzić ile jeszcze da się na tym jechać.. A może będzie tak, że będę jeździć dopóki, dopóty nic się nie stanie?.. Odpowiedzi na te pytania a także na to czy uda mi się wyjść z tego dołka rowerowego i wrócić do gry!, przyniosą kolejne wpisy.. Na zakończenie takie mądre słowa.. Każdy sukces podyktowany jest porażkami.

Oto jedno ze zdjęć z trasy :)

trasa05czerwca2021zdj1.jpgtrasa05czerwca2021zdj2.jpgtrasa05czerwca2021zdj3.jpgtrasa05czerwca2021zdj4.jpgtrasa05czerwca2021zdj5.jpgtrasa05czerwca2021zdj6.jpgtrasa05czerwca2021zdj7.jpg


Mapa przebiegu trasy :)