Dzisiejsza jazda miała być znacznie inna, o wiele dłuższa, fajniejsza i w ogóle. Ale niestety tak nie dało się tego zorganizować. Od wczoraj pogoda jest bardzo kiepska i zmienna wciąż wieje silnie wiatrzysko, nie obywa się bez intensywniejszych opadów deszczu. Dzisiaj rano (nie mogłem spać już po 5 rano) -.- padał śnieg - tak śnieg padał. Dopiero w późniejszych godzinach się przejaśniło fałszywie dając obraz bardzo fajnej pogody za oknem i możliwości zrobienia zaplanowanej trasy (na dziś 55 km) i jutro chciałbym dobić coś krótkiego może z 20 km, maks 20 parę aby nie przesadzić i w piątek (12.09) pojechać na dłuższą trasę, która jest bardzo kluczowa względem moich majowych przejażdżek - trasa 100 km. Jednak na wielkich planach wobec dzisiejszego dnia się skończyło. Raczej aktualny tydzień - może jedynie zbliżający się weekend będzie lepszy -, będzie bardzo słaby. Słaby ze względu na pogodę. Kto to wdział aby w maju śnieg padał - a tak było z rana -.- I poszedłem na rower z tą nadzieją, że zrobię te 55 km, będzie fajnie. A tu zonk. Pierwsze zetknięcie z rzeczywistością miałem tuż po opuszczeniu klatki schodowej z bloku. Wychodzę na zewnątrz - już mam mokrą koszulkę. Już taki znak, że coś dziś nie tak. Na dworze zetknięcie z bardzo zimnym powietrzem i bardzo silnym wiatrem. Tak zimno było jakby to środek zimy był a nie połowa wiosny gdzie niedługo miałoby się zacząć (chociaż kalendarzowe) lato. Masakryczna ta pogoda. Przejechałem dosłownie 200 m po ulicy i wróciłem do klatki, sprowadziłem rower pod piwnicę. Od razu się przebrałem i wyruszam drugi raz. Skręciłem w stronę Gryfic i byłem świadkiem nietypowej sytuacji - idzie pijaczyna przez ulicę nawet nie patrzy z naprzeciwka jedzie (i tak dziwnie wolno) ciężarówka, która dzięki temu zdążyła wyhamować bo by się ten pijak pod koła wbił - idzie chwieje się. Prawie zetknął się z ciężarówką i zaczął się chwiejnym krokiem cofać do początku ulicy - wtedy przejechałem dalej. Tył roweru (tylne koło jakoś) tak mi osiadło, tak ciężko było jechać a na domiar złego zmagałem się z bardzo silnym z bardzo ostrym powietrzem - takim mroźnym wręcz. Dojechałem prawie do wsi Karczewie, skąd wróciłem, i pojechałem przez działki wgłąb rodzinnego miasta, skąd już wróciłem pod blok i zakończyłem dzisiejszy wyjazd. FINITO nie ma sensu, chodź rozważałem czy nie kręcić się po osiedlu, w okolicy do 20 km. Ale to raczej nie ma sensu - miałoby z tego coś nie dobrego wyniknąć to nie ma sensu, w końcu i tak dwa wyraźne sygnały były aby dzisiaj uważać. 1. już po moim pierwszym wyjściu było coś nie tak, aż tak się zgrzałem w tej kurtce nie zdążyłem wyjść jeszcze i już mokry, zaraz by mnie owiało i byłbym chory -.-, 2. Ten pijak na drodze. Niepozorne zdarzenie, które mogło zakończyć się bardzo tragicznie. Jakby ta ciężarówka jechała przepisowe 50 km/h skończyło by się na poważnym uderzeniu tej osoby, która mogłaby zginąć na miejscu - ale chyba sobie z tego sprawy nie zdaje, skoro % przyćmiewają umysł. Więc nie ma sensu w taką pogodę jak dziś się gdziekolwiek wybierać. Dzisiaj niby maksymalnie 8℃. Ale jednak tak pizga, tak zimno jest, że to nie ma sensu. Cóż, zdarza się. W końcu nie zawsze się może wszystko udać.