Dzisiejsza trasa jest dla mnie bardzo ważna. To nie tylko dłuższy wyjazd, a tych w ostatnich dniach mi brakowało. To także a przede wszystkim dla mnie sprawa honorowa, po nie koniecznie w całości udanej trasie, mojej pierwszej wyprawie do wsi Brzeźnica pod Drawskiem Pomorskim: Opuszczona wieś "Brzeźnica". A dzisiaj wcale pod żadnym względem nie było lepiej i przyjemniej. To był długi wyjazd, zajął mi cały dzień. W trakcie zmieniała się strasznie ta pogoda, od pochmurnej, przez przejaśnienia, po silniejsze czy mniejsze podmuchy wiatru aż w końcu po przejściowe bądź naprawdę intensywne opady deszczu, gradu! A to nie wszystko - bo na koniec jeszcze zaatakowało LGBT x2 ;) Skąd x2? No podwójna tęcza! Wyobraźcie sobie ten obrazek, nim spojrzycie na zdjęcia dołączone do dzisiejszego wpisu - zachód słońca w deszczu, i rozciągająca się piękna tęcza, a za nią na chwilę, tak mimowolnie pojawia się druga.. Słabiej widoczna, mało kto zwróci na nią uwagę ale ona jest. Przepiękny widok. Pogoda dzisiaj naprawdę nie rozpieszczała, ale i tak było lepiej niż wczoraj (05.09) bo tak naprawdę planowałem ten wyjazd właśnie na sobotę (05.09) - wtedy miała być ładna pogoda i się popsuło. Dzisiaj była ładna, przeważnie poza małymi incydentami. Temp. - nie wiem czy taka dobra niby +18℃ maksymalnie. A ja nie wiem jak się ubierać na taką pogodę takie dystanse. Ubrałem się tradycyjnie tak jak w ostatnich dniach - cienka ale na długi rękaw koszulka i bluza, długie spodnie bez wkładki to wziąłem krótkie spodenki dodatkowo. No co do spodni to od biedy mogłem w krótkich jechać ale ta bluza. Niby ok. Ale nie bardzo, bo już po pierwszych kilku kilometrach musiało mi być w niej za gorąco, bo jechałem cały mokry. Tak niezbyt przyjemnie było i to jeszcze przed dojazdem do Reska, myślałem o tym jadąc na Starogard, a potem do Łobza. W końcu postanowiłem, że się przebiorę ale to dopiero w lesie za Łobzem. A tak się nie stało. Miejscami było chłodniej jak przywiał wiatr. Bądź nie zawsze o tym myślałem, że jestem tak bardzo przepocony więc jechałem dalej.. Tak dojechałem do tej całej Brzeźnicy - podziwiając piękno natury, które ją otacza. Mam parę fot. Sama droga do Brzeźnicy też była ładna.. Na chwilę wstąpiłem na wieś, trochę ją pozwiedzałem chociaż nie dużo. Czas mnie mocno ogranicza. A do tego jak tutaj często bywa sam nie byłem. Jednak nie to było najgorsze a to, że mam za sobą dopiero ok. 55 km zrobionych a już jestem trochę zaorany. Ta jazda w terenie dała mi się mocno we znaki, choć większości miejsc dało się jechać. Tylko sporadycznie droga była tak zniszczona przez samochody, które nielegalnie wywożą zamordowane w pobliskich lasach drzewa, że nie dało się jechać i trzeba było rower przeprowadzić bądź wręcz przepchać przez to wszystko.. Jakoś trzeba było jednak sobie poradzić, byle jechać dalej. Opuszczając Brzeźnicę, przejechałem przez Jankowo, i w końcu Drawsko Pomorksie, gdzie miałem ochotę w przydrożnym barze wstąpić na Kebaba ;) Ten jednak wykreślony z pozycji w menu :( To ostałem na małej pizzy na wynos (30cm), pizza jak dla Kowalskiego i w takiej cenie (20 zł), a najeść się można było tak, że jednego kawałka nie zmieściłem.. Pizza z dużą ilością mięsa cebuli i po kawałku ogóreczka na niej :)) Dało mi to dużo sił na dalszą drogę, w powrotnej stronie..
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1
ID wpisu: 673
Trasa nr [łączna]: 755
Trasa nr [na blogu]: 669
W tym tygodniu: 5
W tym miesiacu: 4
W tym roku: 149
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 746 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 660 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 9 dni
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 5106 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 5227 km
Maksymalna prędkość: 35.9 km/h
Przejechałem: 121.02 km
Przejechałem [msc]: 214.34 km
Przebieg roweru [rok]: 6662.05 km
Przebieg roweru [suma]: 29227.78 km
Przejechalem w 2020: 6662.05 km
Podroż dookoła świata (2020) 16.6551 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 73.0694 [%] km
Czas jazdy: 08:10:08 h
Czas Jazdy Suma (blog): 1622:19:30 h
Czas Jazdy Suma (2020): 423:56:10 h
Czas Jazdy Suma (wrzesień): 13:47:58 h
Czas Jazdy Suma (ever): 1845:45:38 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 03:27:00 h
Średni czas jazdy w tym roku: 02:50:43 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:24:38 h
Średnia: 14.82 km/h
I właśnie w tej powrotnej stronie już za Drawskiem Pomorskim goniły mnie podejrzane ciemne chmury, które upust swym ciemnym i złym zamiarom dały dopiero po mojej dłuższej obiadowej przerwie. Jakby nie mogły wcześniej. A tak specjalnie te chmury poczekały gdy skończę się obżerać, a w tym czasie świeciło słońce, było fajnie i w ogóle. A jak ruszyłem, słońce skryło się za chmurami z których lunął deszcz, a miejscami grad, który ścinał na boki.. Ta przelotnie paskudna pogoda towarzyszyła mi w powrotnej drodze do samego Łobza. Już nie wspomnę, że miejscami walczyć musiałem z silnym wiatrem, i mocno pagórkowatym terenem. Suma wjazdów jest imponująca jak na moje trasy i strasznie męcząca. Nieco wykończony dotarłem do Łobza, gdzie w końcu przestało padać. Zajechałem jeszcze na chwilę do kuzyna i kuzynki - w końcu jak tu już byłem. Ale dosłownie na parę minut, ze względu na to, że robiła się już późna pora - dochodziła godzina 16. Niedługo miało się ściemnić a przede mną wciąż sporo drogi. Dopiero miałem zrobione 82 km. A do domu jeszcze 40.. No cóż, było fajne miło ale trzeba było jechać dalej. Dalej już za Łobzem gdzie odbijałem z drogi prowadzącej do Nowogardu na Karwowo, przed wsią Smorawina czekało na mnie ostatnie wyzwanie. Morderczy podjazd, któremu na mojej pierwszej wyprawie w te strony - poległem, pokonał mnie. Dzisiaj jednak przyszedł czas zemsty. Jestem nad miarowo spakowany, mam za dużo rzeczy, butelek z wodą itd. Nie wiem po co tego tyle nabrałem, spodziewałem się, że pójdzie mi nieco więcej a poszły mi dzisiaj 2x 1.25L Oranżady, i uwaga! Tylko jedna 1.5L butelka wody gazowanej i 1L butelka Coli. A ja wziąłem ze sobą 4 butelki wody gazowanej w sumie.. I właśnie 2 oranżady choć myślałem aby brać trzy, i 2x 1L Colę. Tyle kilogramów wożenia na marne ;) Do tego wożę oświetlenie z ciężkim akumulatorem, też nie wiem po co. No nie mniej nie poddałem się przed morderczą górką. Choć było ciężko dałem radę. Chociaż tak mnie rozwaliła, że od razu po jej podjechaniu musiałem stanąć i odpocząć nim mogłem jechać dalej.. Dalej do Karwowa, skąd odbiłem na już znane mi drogi do Dorowa. Problem w tym, że jak to bywa w takich wyprawach trzeba być gotowym na nieoczekiwane okoliczności i takie właśnie wystąpiły na polnej drodze między Karwowem a Dorowem. Jest tutaj niejaka polna droga. Dosłownie przez pole, bo ta obok jest zarośnięta i nikt o nią nie dba. I do tej pory (dwukrotnie w Lipcu) jechałem właśnie przez te pole i było wszystko ok. Aż do dzisiaj. Rolnik zaorał pole, przejazdu nie ma i kurwa zadowolony. To niech zadba o tą alternatywną drogę teraz! Bo jak mam przejechać?! Wprowadziłem tam rower, ale przejazdu większości drogi nie miałem. Za mocno zarośnięte, nie dawałem rady jechać, ciągniecie roweru przez te krzaki też nie za bardzo mi szło.. Masakra trwająca ok. 1-1,5 km.. Aż w końcu normalna droga pod Dorowo, gdzie musiałem się na chwilę zatrzymać i sprawdzić jak ja mam jechać ;) Zgodnie z planami z Lipca, miałem wracać przez Lubień Dolny i Górny - i tak zrobiłem. Z Dorowa odbiłem na Lubienie, i wróciłem pod Resko. Już w Lubienaich mogłem podziwiać pierwsze oznaki zachodu słońca. Za Reskiem były coraz okazalsze, do tego doszedł padający deszczyk, tęcza, i w ogóle piękne widoki, które utrzymywały się do samego końca tej pięknej, długiej i wymagającej trasy. Pogoda też robiła swoje - ten cholerny wiatr, nie pewna temp. Nie wiadomo jak to się ubrać. Dać sobie radę jednak trzeba było! Musiałem i wierzyłem, że się uda ze względu choćby na to, że śniło mi się dzisiaj w nocy, że zrobiłem tą trasę, że się udało :) I sen jawą się stał, udało się.. Dojechałem.. Honor uratowany :) Teraz na spokojnie mogę się skupić na przygotowaniu się i planowaniu kolejnych rowerowych wyjazdów jakie mnie czekają w najbliższych dniach i tak aż do końca Września - ale i tak na część Październikowych dni mam plany.. Duże, ambitne plany :) Do tego dochodzi nie spotykana dotąd sytuacja, że jeżdżę tak sobie za granicą 6500 km w roku przejechanych! Odkrywam nowe możliwości, i staję się coraz lepszym i zawziętym rowerzystą! ;) Na szczęście plany na najbliższe dni nie będą tak ambitne. Nieco dłuższy wyjazd czeka mnie w nadchodzący piątek (11.09) - będzie to wyjazd do wsi Lekowo pod Świdwinem. A w między czasie jakieś inne trasy, projekty.. I tak sobie wszystko leci do tych 30 000 km z Aurelią! Nadmienię jeszcze na koniec trasy, że nie wszystko dzisiaj takie piękne było. Dziwna sytuacja z przerzutką nie daje mi spokoju, chrzani się mocno na dwóch biegach (5 i 3). Szarpie łańcuchem, przeskakuje, nie trzyma ustawienia. Mam nadzieję, że regulacja pomoże i w tym miesiącu uniknę kłopotliwej wymiany przerzutki. A wymienić ją to wymienię jeśli mam jechać i jeśli ma się odbyć X Rajd Dookoła Zalewu Szczecińskiego bo to nie wiadomo co z nim będzie.. A tak sobie właśnie myślę o tym ostatnim tak dużym wyzwaniu na ten rok.. I tak sobie myślę o moim szczęściu xD Lepiej będzie mi wymienić przerzutkę przed tym rajdem, bo znając moje szczęście to ona się do końca właśnie na tym rajdzie rozleci.. No dobra :) Dzisiaj był fajny choć męczący dzień. Przede wszystkim najgorszy wiatr. Wiele kilometrów miałem pod wiatr (w pierwszą stronę do Łobza), boczny wiatr (z Drawska do Łobza) a to daje się we znaki. Do tego sporo terenowej jazdy, a to odbiera siły i w ogóle.. Ważne, że się udało :) Tylko teraz jak ja jutro do pracy stanę ehh :)
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)