Dzisiejsza trasa po ciężkim wczorajszym dniu: "35 000" Aurelio !" - Dookoła Zalewu Kamieńskiego - z powrotem energii, sił i nowych nadziei poprowadziła mnie i mojego towarzystwa dzisiejszej walecznej podróży WG, wgłąb w przewspaniałej bujnej przyrody, otaczającej krainę wielu jezior, które przecinają rzeki... Przepiękne strony biegnące przy jeziorze Wełtyń, przy rzece Tywie, porośniętej roślinnością, zasilaną niewielką smródką, która dodaje jej całego uroku, i wzbogaca bioróżnorodność biologiczną cechującą te strony, które w tak niewielkim stopniu zostały naruszone przez człowieka. Dzisiaj w przepięknej pogodzie, w ciepły wręcz upalny dzień było dość dużo czasu aby napawać się przyrodą, czerpać z niej jak najwięcej. To odróżnia dzisiejszy wyjazd od takiego pośpiesznego ze względu na odległość wyjazdu z przed ponad tygodnia: Zamek Joanitów. Mijały kolejne rowerowe dni a wraz z nimi niepowtarzalne przygody, które cechują ten wyjątkowy czas. Wszystko musiało dążyć do tego wyjątkowego przedłużenia weekendu, które sobie zrobiłem. Specjalnie wziąłem na dzisiaj wolne. Zamówiłem pogodę. I pojechałem w ostatnią szansę przyjazdu na Zamek Joanitów. Nim zostanie sprzedany, w obce ręce. To wciąż tli się ta nadzieja aby go zwiedzić, lepiej poznać. I mimo, że wykończyła mnie wczorajsza trasa - dała o sobie znać w ciężkiej nie przespanej ze zmęczenia i przegrzania nocy, to dzisiaj od rana zbierałem siły po to aby jak najszybciej ruszyć w dzisiejszą podróż.. A na niej.. Te obcowanie z przyrodą.. Urok rzeki Tywy a obok mokradła, lasy schodzące się w część jeziora Wełtyń.. Wiele wsi.. Piękno wsi, które od zawsze tak bardzo wzbogaca moją twórczość, które tak mnie inspiruje do dalszych podróży i odkrywania kolejnych wiejskich klimatów.. A tych dzisiaj nie zabrakło.. Dzisiaj zabrakło tylko lepszego planu na trasę, nie spodziewałem się nie mniej takich problemów organizacyjnych, i dojazdowych jakie miały miejsce. A złożyło się na to kilka czynników, o których szerzej napiszę w drugiej części dzisiejszego wpisu, pod tabelką ze statystykami. Nadmienię jedynie, że to nowe przygody, nowe etapy w moim i w życiu Aurelii, która skończyła wczoraj 35 tyś km. Teraz otwiera się kolejny rozdział naszego wspólnego rowerowania i odkrywania nieznanych stron.. A tych jest w sumie tyle, że nawet jakbym miał poświęcić każdy dzień życia jaki mi pozostał na jeżdżenie po nowych, nieznanych drogach oto tego pozostałego życia i tak by mi nie wystarczyło.. To takie smutne.. A może też inspirujące.. W końcu można mieć setki, tysiące przygód a prawdziwą przygodą będą wyprawy w przyszłym, w tym dalszym życiu, które dopiero nas czeka. Czeka tylko po to aby ukazać swoje skrywane piękno, w wyjątkowych chwilach, tak ulotnych, tak szybko mijających jak przemijające wspomnienia, spisane gdzieś na kartach historii, pisanej dawnymi słowami, wypowiadanymi na łamach tego bloga..
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1
ID wpisu: 830
Trasa nr [łączna]: 911
Trasa nr [na blogu]: 825
W tym tygodniu: 1
W tym miesiacu: 7
W tym roku: 85
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 902 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 816 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 9 dni
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 11064 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 11136 km
Maksymalna prędkość: 32.7 km/h
Przejechałem: 72.06 km
Przejechałem [msc]: 421.38 km
Przebieg roweru [rok]: 3139.64 km
Przebieg roweru [suma]: 35151 km
Przejechalem w 2021: 3139.64 km
Podroż dookoła świata (2021) 7.8491 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 87.8775 [%] km
Czas jazdy: 04:27:35 h
Czas Jazdy Suma (blog): 2000:57:04 h
Czas Jazdy Suma (2021): 200:23:24 h
Czas Jazdy Suma (maj): 26:13:29 h
Czas Jazdy Suma (ever): 2224:23:12 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 03:44:47 h
Średni czas jazdy w tym roku: 02:21:27 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:24:39 h
Średnia: 16.19 km/h
Trasa z dnia dzisiejszego jak już wspominałem, kontynuuje piękną przygodę, która zaczęła się wraz z wczorajszym dniem. Choć na chwilę można zapomnieć o smutkach, które tak mocno targają wymęczoną skrajnymi uczuciami duszę.. Ciału pozwalają na chwilę zapomnieć o gorszej pogodzie, która tak dobrze niszczyła wszystkie chęci do życia.. Jak nie wiatr to deszcze, to wciąż chłód.. A wreszcie jakaś odmiana, choć do pełni szczęścia jeszcze daleka droga.. Kilka organizacyjnych błędów, może dalekie nieporozumienia, prowadziły do tego, że byłem fizycznie i psychicznie wymęczony nim dobrze wsiadłem na rower, nim znów z Aurelią ruszyliśmy ku nowej nieznanej przygodzie! A wszystko przez ten... Szczecin, na który tak wiele razy narzekam. Nierealnie rozbudowany w każdą stronę, coraz większa ilość samochodów, rozkopany i z każdej strony remontowany.. To jest coraz większy problem. Może w ostatnich tygodniach miesiącach czy de facto dla mnie w skali ponad 1 roku czasu - spływało to mnie. Nie bywałem tu w tygodniu, zazwyczaj w weekendy gdy większość mieszkańców po prostu stąd wyjeżdża. Bo Szczecin jest takim wspaniałym do życia miejscem, że nie ma innej możliwości jak po prostu stąd wyjechać. A dzisiaj przyszło mi jechać przez całe miasto, ciągać się z dzielnicy na dzielnicę. Złożyło się na to parę niewygodnych okoliczności. Raz rozkopany węzeł Kijewo wzdłuż autostrady A6. Skręciłem i tak na Dąbie, po to aby się zatankować. Ale nie mogłem. Bo dystrybutory działają tylko na karty płatnicze. Wjechałem więc w centrum Dąbia, i stałem, i wlekłem się aby dojechać do Orlenu. A potem stałem, i wlokłem się aby dojechać na Pomorzany. Miałem nadzieję przed trasą usunąć mały dyskomfort, który pojawił się w ostatnich tygodniach i coraz bardziej stawał się dokuczliwy. Luz na rurze sterowej. Trzeba było coś z tym zrobić. Kolega MK, z którym się widziałem nie był wstanie pomóc, więc pojechałem do serwisu. Miałem nadzieję zajechać do Konika przy ul. Ku Słońcu, ale nie opatrzenie skręciłem gdzieś na ul. Krótką, ul. Źródlaną w te strony. Znalazłem jednak przypadkiem serwis, ukryty w jakimś garażu w tych nie sposób do ogarnięcia bocznych uliczkach.. Tam zostawiłem Aurelię a sam pojechałem na ul. Parkową po towarzysza broni WG, z nim wróciłem po Aurelię, i pojechaliśmy do Gryfina. Niestety przez ul. Krygiera, która cała stała, podobnie jak węzeł Granitowa w Podjuchach. Wszystko rozwalone z każdej strony, nieprzejezdne i niebotycznie wiele aut. To była najgorsza przeprawa, która zajmowała sporo czasu, energii i chęci do życia. I wszystko w ten upał, wszystko się tak wlekło.. W końcu jednak dojechaliśmy do Gryfina. Tam brałem pizzę na drogę, i w końcu ruszyliśmy. Początek trasy z spod mostu na Mescherin, okazał się trochę zwodniczy. Kierunek ogólnie prawie dobry, ale trochę nie tak pojechaliśmy jak powinniśmy ;) I zrobiliśmy małą pętelkę przez Gryfino, pędząc w samym palącym słońcu, które broniło się porywistym silnym wiatrem.. W końcu jednak trafiliśmy na właściwy tor jazdy, pod wieś Żurawie, i pełny przygód szlak, prowadzący prosto do Swobnicy, ku celu podróży. Planowałem wyjechać gdzieś tak godzina 10-11 z Gryfina. A w konsekwencji wyjechaliśmy ok. godziny 13. Czasu było mało a kawał drogi przed nami się rysował. Trochę się martwiłem o swoją formę i możliwości w końcu wczoraj przejechałem wiele, wiele kilometrów, i też walczyłem z wiatrem na szlakach.. A jednak spokojnie robiąc częste postoje się dojechało. Najwięcej czasu zeszło w samej Swobnicy w zamku Joanitów. Ponowne zwiedzanie, zdjęcia z drona, aparatem.. Odkrywanie tajemnic tego miejsca.. I droga powrotna, która pięknie wkomponowywała się w promieniach zachodzącego słońca.. Dzień pełny przygód powoli się z nami żegnał, jednak okrutne życie bo bez zwątpienia takim jest nie dawało o sobie zapomnieć - kąsając raz po raz przy każdej okazji, chmarą komarów, które wyleciały na swój żer. Przepiękne majestatyczne wsie, spływały w odcieni zachodzącego słońca, witała ją gwieździsta noc, odbijająca swoje cienie w spokojnym nurcie rzeki Tywy.. Blask tych chwil roznosił się również po jeziorze Wiry, i tych wszystkich spokojnych miejscach, które dzisiaj mijaliśmy.. W powrotnej drodze już nieco szybciej z mniejszą liczbą postoi mijał czas.. Wkrótce zachód słońca.. I przykrywający pod czarną kołderką szykujący się do spania świat, nużył się w ostatnich odcieniach kończącego się dnia.. Za nami przygody, nowe doświadczenia a przed nami wciąż nieznane nowe możliwości, i kolejne przygody, które ujawnią się wraz z kolejnymi wpisami pojawiającymi się na tym blogu..!
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)