30.07.2024
Jazda nr: 1463

Tagi: , Niemcy, wiejskie_przygody, zach_slonca, zs |

Trasa z dnia dzisiejszego jest kolejną "nową" przygodą, która przybiera nie oczekiwaną i często nie spotykaną formę - dwóch następujących po sobie tras 100 km.. Dawno takich wyczynów nie robiłem - i co prawda nie jest to dosłownie dzień po dniu czy nawet z dniem przerwy a akurat się tak złożyło, że z dwoma dniami.. Jest to jednak jakiś wyczyn którego dawno nie robiłem bo ostatni raz tak zdarzało się na trasie Dookoła Zalewu Szczecińskiego - ale to już w ogóle jest wyczyn ponad wszystko i jedno z moich największych rowerowych osiągnięć: "40 000" Aurelio !: X Rajd DZSZCZ - dzień 1 i X Rajd DZSZCZ - dzień 2. Kolejny przykład dotyczy niestety znowu rajdu Dookoła Zalewu Szczecińskiego - tym razem pierwszego podejścia i samotnej próby do pokonania takiej trasy: Dookoła Zalewu Szczecińskiego - Dzień 1 i Dookoła Zalewu Szczecińskiego - Dzień 2. Odkąd mam bloga (2016 r.) takie wydarzenia aż do dzisiejszego dnia nie miały miejsca! Ostatni raz takie jeżdżenie miało miejsce w 2015 r. i zamyka się w bardzo intensywnym okresie: 1-6.07.2015 r. gdy odpowiednio robiłem jazdę 1.07.2015 r: 110,2 km, dnia 3.07.2015 r.: 123,1 km i dnia 6.07.2015 r.: 131,6 km. Ten rekord jak widać przez ponad 9 lat został nie ruszony. A chodzi o nic innego jak trasa po trasie (z wyłączeniem jazdy dookoła Zalewu Szczecińskiego) - bo jedynie w tym wyjątku tak udało się pojechać i niespodziewanie dzisiaj. Nie planowałem nie wiadomo jakiego dystansu no ale tak wyszło, że wyszło te 100 km.. :) Z dnia na dzień czyli od dość wykańczającej jazdy w weekend w który oficjalnie rozpocząłem mój tegoroczny urlop: Trasa "100-tka": bateryjny problem. Mimo wszystko niezły to wyczyn chociaż nie tak imponujący jak te lata temu (2015 r.). Jednak trudno porównywać te lata do siebie - nie raz pewnie na blogu wspominałem, że nie ma dwóch takich samych rowerowych lat. Tak samo jak nie ma dwóch takich samych tras... Nawet jeśli jadę po raz 100 któryś tymi samymi drogami -> na razie dotyczy to cyklicznych tras 20-stek oraz 50-tek :) Pomimo tego, że wciąż to ta sama droga to za każdym razem jest to inna historia. Inaczej wygląda dzień (mój dzień) czy jego otoczenie. Trudno tak w jeden w jeden przenieść też cały rok do siebie. Siły i możliwości zależą od wielu czynników - u mnie głównie decydującym jest kondycja psychiczna... Jak tutaj jest problem to z jeżdżeniem będzie problem. Niekoniecznie z kondycją fizyczną tą najprawdopodobniej mam :) W lipcu 2024 r. nie jest to może rekordowy lipiec pod względem przejechanych km. ale i tak uważam, że wypada imponująco w wyniku prawie 800 km w msc. Nieźle :) Na ten wynik oczywiście przekładają się te dwie trasy (dzisiejsza) i ostatnia "setka". Przechodząc już jednak do samej trasy a nie tylko nie spotykanego osiągnięcia - a szczerze? Liczyłem na to, że znajdę jeszcze przed 2015 r. dwie takie trasy po 100 km+ następujące po sobie. A niestety nie było takich tras.. No cóż.. Nie mniej sam dzisiejszy wyjazd cechował piękną pogodą, fajnym towarzystwem - jechałem z kolegą GŻ. W nieznane mi dotąd strony - w rejon miejscowości Pasewalk, która jest umiejscowiona dość blisko od Szczecina - jedynie 40 km. Jako ciekawostkę można potraktować to, że w 2019 r. miałem rower w Szczecinie i wiele dni w tym weekendów tam spędzałem a ostatecznie nie pojechałem do Pasewalku nigdy - chociaż miałem na to ochotę. Zobaczyć te miejsce, niby znane? Wydaje mi się, że jest to ciekawa miejscowość i godna bliższego zapoznania się z nią. Przyjadę tu pewnie we wrześniu w ramach co rocznych kampanii wrześniowych - gdzie uzupełniałem rok o niezrealizowane plany rowerowe. Jednak to będą kolejne plany, które wypchną te które do tej pory nie zrealizowałem. I tak naprawdę lista niezrealizowanych zawsze będzie duża. Zawsze będzie jakiś niezrealizowany plan bo może być mi bliżej do realizacji obecnej zachcianki czy planu. O jak dzisiaj.. Kilkukrotnie przekładany termin jazdy bo ciągle coś nie pasuje - to zresztą była propozycja GŻ aby tu pojechać. No to czemu nie. Te strony Niemiec a dokładnie Meklemburgii-Pomorza Przedniego nie są mi tak dobrze znane. A lubię odkrywać nowe drogi i miejsca. Dziś tych nie zabrakło i prócz Pasewalku, który widzieliśmy jedynie "pobieżnie" no bo trzeba by było poświęcić na niego większość dnia jeśli nie cały - odwiedziliśmy i inne ciekawe strony i miejsca, którymi powoli wracało się do Szczecina. Droga powrotna jednak się nieco dłużyła - jadąc w słońcu jedynie miejscami był cień. A te słońce dzisiaj dość gorąco grzało.. Niby nie było tak ciepło - jakieś 24℃ ale odczuwalna z co najmniej 3 stopnie wyższa. Były jeszcze inne mankamenty organizacyjne i być może one wpłynęły na tą trudność powrotu do Polskich granic? Zdarza się jednak i tak.. Dla wprawionych w boju podróżników jednak nie ma problemów nie do przebicia i tras do nie pokonania. Nie wiem ile tras ma za sobą GŻ ale dla mnie włącznie z dzisiejszą - z Aurelią - jest ich aż 1549. To nie mało.. Ani też tak dużo.. Jednak wystarczająco aby mierzyć się z naprawdę przeróżnymi sytuacjami na drodze, z problemami organizacyjnymi, nawigacyjnymi a także z najróżniejszymi warunkami pogodowymi. W końcu jeździłem od bardzo niskich minusowych temp. do bardzo wysokich plusowych (maksymalnie w okolicę +40℃) i minimalnie w okolice -10℃. Gdy będzie okazja zmierzyć się z trudniejszymi warunkami z pewnością to uczynię aby móc się w kolejnych wpisach pochwalić, że i przy trudniejszych warunkach sobie poradziłem... =) A tym czasem Niemiecka historia trwa. Dziś Niemieckich dróg nie brakowało ani idąc w tym kierunku - niemieckiego słońca :]
brak

* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1
* Poprawka licznika z powodu bugów 2024 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
  • ID wpisu: 1471

  • Trasa nr [łączna]: 1549
  • Trasa nr [na blogu]: 1463
  • W tym tygodniu: 1
  • W tym miesiacu: 18
  • W tym roku: 115

  • Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1535 dni [łączna]
  • Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1449 dni [na blogu]
  • Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 14 dni

  • Stan Licznika Poczatkowy: 22940.4 km
  • Stan Licznika Końcowy: 23045.88 km
  • Stan Licznika Końcowy2*: 22895.86 km

  • Stan Licznika 2* Poczatkowy: 1349 km
  • Stan Licznika 2* Końcowy: 1455 km

  • Maksymalna prędkość: 37.3 km/h

  • Przejechałem: 105.48 km
  • Przejechałem [msc]: 763.46 km
  • Przebieg roweru [rok]: 3887.01 km
  • Przebieg roweru [suma]: 59745.59 km

  • Przejechalem w 2024: 3887.01 km
  • Podroż dookoła świata (2024) 9.7175 [%] km
  • Podroż dookoła świata (łączna) 149.364 [%] km

  • Czas jazdy: 06:14:07 h
  • Czas Jazdy Suma (blog): 3581:55:35 h
  • Czas Jazdy Suma (2024): 241:25:40 h
  • Czas Jazdy Suma (lipiec): 45:26:19 h
  • Czas Jazdy Suma (ever): 3805:21:43 h
  • Średni czas jazdy w miesiacu: 02:31:28 h
  • Średni czas jazdy w tym roku: 02:05:58 h
  • Średni czas jazdy do tej pory: 02:26:06 h

  • Średnia: 16.92 km/h
Dzisiejsza trasa rozpoczęła się poza obszarem Szczecina i mimo, że tak bardzo chciałem uniknąć tego nielubianego przeze mnie miasta... To i tak lekko o nie zahaczyłem. Jedynie tyciu tak tyciuuu... Nie wiem czy jest wobec tego właściwe oznaczać dzisiejszy wpis tagiem: zs no ale dobra.. Na szczęście Mierzyn, gdzie zaczynałem i kończyłem trasę nie należy do Szczecina. I być może nigdy nie będzie bo to inne gminy. Nie mniej są to miejsca mocno zurbanizowane i bardzo mocno zazębione z przylegającą do Mierzyna dzielnicą Gumieńce. Zaczynałem dzisiejszą podróż z budowanego od wielu lat kościoła przy ul. Zgodnej. Tutaj podjechał GŻ i wkrótce ruszyliśmy w tą nie łatwą trasę - gdzie przynajmniej na początku bo potem się uspokoiło - mocno we znaki wdawał się zrujnowany napęd przy Aurelii. A dokładniej dwie koronki kasety - najwyższe a zarazem z najlżejszym przełożeniem. Koronki 32t i 30t. Najczęściej użytkowane to fakt - i narażone na zniszczenie przez jazdy po liczne wzniesienia. Dzisiaj było na tyle trudno, że pod niektóre z pozoru nie tak ciężkie wzniesienia nie byłem wstanie podjechać. Tak mi przeskakiwał ten łańcuch na kasecie a do tego stwarzał taki opór, że momentami moja prędkość pod górki spadała do 6 km/h. A tak już nie dałem rady jechać. Zbyt ciężko. I musiałem rezygnować z podjazdów. W trakcie trasy ale to już za granicami naszego kraju - gdzie przejeżdżaliśmy przez Skarbimierzyce, Dołuje i Lubieszyn udając się w stronę wsi Bismark. W sumie prosta droga po przekroczeniu granicy cały czas prosto wzdłuż niemieckiej drogi B104. Gdzieś po drodze w stronę Pasewalku na dłuższym postoju właśnie w Bismarku - nieco się odciążyłem. I może to pomogło? Oddałem koledze GŻ trochę swoich zasobów. A i tak nie miałem łatwo - dron, aparat, woda i jedzenie. Dodatkowe obciążenie nie sprawiało, że ten napęd działał lepiej. Jednak poza odciążeniem się zrobiłem jeszcze jedną sztuczkę i przejechałem nią prawie całą dalszą część trasy - w zasadzie do granic Szczecina - gdzie znów wróciłem na środkowy blat korby. Zmniejszyłem blat korby na "1" z koronki 38 na 28t. Dzięki temu przełożeniu mogłem podjeżdżać pod wzniesienia z większym biegiem. Wraz z mijającą trasą nieco lepiej wyczułem problem i starałem się delikatniej podjeżdżać, bez mocniejszego dociskania pedałów i to również pomagało. Oczywiście w sporadycznych przypadkach i tak musiałem podprowadzić Aurelię ale na większości wzniesień, które mijaliśmy od Bismarku przez Löcknitz po Pasewalk dawałem radę. Problem był jedynie w drodze powrotnej ale do niej jeszcze czas ;) Jeszcze kawał fajnej drogi, gdzie było sporo wsi. I pięknych widoków. Wśród nich pola pełne kukurydzy przy których pojedynczo wyrastały słoneczniki! :) Nie jest to jakieś nawiązanie do PolAndRock Festiwal... ;) Po prostu fajnie wyglądało i musiałem zrobić kilka zdjęć.. A potem czekały na nas całe pola pełne słoneczników. Widać jednak, że deszczowa i nieprzewidywalna pogoda, która rządziła lipcem nie sprzyjała uprawie słoneczników. Nieco upadłe, połamane. Zostaliśmy tam jednak dłuższą chwilę. Zrobiłem tam pierwsze ujęcia z drona nim pojechaliśmy do celu wyjazdu czyli do Pasewalku. Bardzo fajne miasteczko, ujęło mnie :) Jest co zwiedzać jednak dzisiaj nie było na to czasu. Byliśmy już późno, jeszcze trzeba wrócić (tak swoją drogą jak wróciliśmy była prawie 21..). Więc.. No ale w sumie późno się ruszyło bo po godz. 11. Normalnie pewnie cisnąłbym z wyjazdem nieco szybciej ale ostatnie dni mam takie męczące. I chodzę taki przemęczony i ciągle nie wyspany. Musiałem odespać i na spokojnie się wybrać w trasę. Nie planowałem jednak tego, że zrobię ponad 100 km! A tak wyszło.. :) No dobrze - najważniejszy Pasewalk. Będąc tu pierwszy raz od razu jakoś podświadomie skierowałem się na rynek miasta. Tutaj dłuższy odpoczynek, i pierwsze atrakcje w postaci dzwonów na rynku. Jednak w internecie nic o nich nie piszą albo źle szukam :| Do tematu na pewno wrócę gdy przyjadę na dokładne zwiedzanie miasta i jego wszystkich atrakcji prawdopodobnie w któryś wrześniowy weekend. No dobrze.. Czas wracać. A na powrót było kilka wizji. Ostatecznie pojechaliśmy przez Brüssow do Krackow a dalej na Nadrensee i do Rosówka. Chociaż miałem jeszcze dwa pomysły, które ewoluowały w trakcie nie łatwej i dłużącej się drogi z Pasewalku. Pierwszy pomysł to był jechać właśnie do Brüssow a potem wracać do Löcknitz i pojechać na Blankensee i do wsi Dobra pod Szczecinem. Jednak uznałem tak w sumie jednostronnie, że bez sensu się wracać. I jechać pod wiatr, pod wzniesienia. Lepiej będzie prosto pojechać. I ostatecznie pojechaliśmy do Krackow. Stąd też miałem pewny pomysł - wracać drogą B105 do Lubieszyna... Jednak znowu - czy jest sens tak się kręcić? Bliżej już było pojechać do Rosówka i przez Kołbaskowo wrócić - jak ostatecznie zrobiliśmy. Jednak była to długa droga z jakieś 40 km przez te Niemcy. Często jechało się jak na patelni w pełnym słońcu, czasem z wiatrem a czasem pod wiatr. A do tego nie brakowało wzniesień - czasem nieco trudniejszych do pokonania. Był to kawał pięknej ale też nie łatwej drogi gdzie w Brüssow robiłem ostatnie w dniu dzisiejszym ujęcia z drona. Piękna wieś, a przy niej krystalicznie czyste jezioro.. Pięknie tu jest :) Warto wracać w takie miejsca - tylko wszędzie jest tak daleko. A co za tym idzie nim się przyjedzie czy wróci to w zasadzie dzień mija.. No cóż.. I tak powoli trasa mijała aż niespodziewanie w Nadrensee natrafiliśmy na opuszczony pałac. Chroniony gęsto rosnącymi jeżynami. Normalne wejście przez drzwi chroniła kłódka szyfrowana na 5 cyfr. Za dużo kombinacji aby próbować zgadywać. Inne wejście to jedynie wysoko ustawione okno. Jedak tak szczerze? No lubię urbeksy i te sprawy. I nie raz na takich wyprawach byłem. Jednak tutaj nie czułem się dobrze. Nie jestem do końca pewny dlaczego tak było: czy to wina dnia, i dość trudnej przeprawy od Pasewalku? Gdzie moim jedynym celem było dojechać jak najszybciej do Polski..? Jedyne czego pragnąłem teraz to zanurzyć się w zimnej coli... :3 Nawet widoki, choć piękne ale tak nie cieszyły i tak się bardzo na nich nie skupiałem jak na tych podstawowych potrzebach życiowych. A może to obce miejsce? Gdyby to było w Polsce to ok. Jednak co do tego budynku nie mam pewności co do jego opuszczenia. No ok, od strony drogi ul. Dorfstraße, i budynek nr 11. Jest wszystko zarośnięte. Jedynie jedno okno otwarte. Tyle, że od tyłu budynek graniczy z inną działką. Tam jest posprzątane, trawa skoszona. I nie jest to ogrodzone płotem. Możliwe, że budynek jest mimo wszystko właścicielski i to właściciel powiesił takie prowizoryczna zabezpieczenie jak ta kłódka na PIN. Nie chciałem się tu wbijać. Gdyby było lepsze wejście to ok. Jednak miałem wątpliwości co do tego miejsca to lepiej sobie odpuścić niż niepotrzebnie ryzykować. Kolega GŻ tam wbił na chwilę no ale dobra.. Po tej nieudanej próbie - gdzie przypadkiem GŻ zauważył ten budynek - mam jedynie rozcięte nogi bo się wbiłem w te cholerne jeżyny... Pogryzły mnie komary co zaczęły tam atakować.. I wejść i tak nie wszedłem. Musiałbym mieć jakieś krzesło czy drabinę aby się jakoś w te okno wdrapać. No ale i tak nie mam co do tego miejsca jakiegoś dobrego przeczucia. Nie mniej jak będzie okazja to można tu przyjechać - będąc lepiej przygotowanym. I szybką eksplorację zrobić. Nie spodziewam się nie mniej niczego więcej prócz pustych, pomazanych przez łobuzów murów. Po odpuszczeniu sobie dzisiejszej eksploracji ruszyliśmy dalej właśnie w stronę Polskiej granicy, która była coraz bliżej! Wkrótce Rosówek! Kawałkiem drogi jechaliśmy po drodze DK13. Zajechaliśmy na stację paliw w Rosówku i tam można było uzupełnić zapasy i w końcu zasmakować się w zimnej coli. I od razu lepiej ale nie tak idealnie. Zmęczenie swoje robiło, kilometrów dochodziło. Było coraz bliżej granicy 90 km. Samą granicę 90 km przekroczyliśmy już za Kołbaskowem jadąc po tutejszej drodze rowerowej w stronę Przecławia a dalej Warzymic. Zrobiliśmy za Amazonem ostatni dłuższy postój. Czas zjeść.. napoić się! I w dalszą drogę. Pozostało do zrobienia ok. 12 km a ostatecznie wyszło 15 km. Spodziewałem się jednak, że będzie gorzej ale jednak odżyłem. Od Rosówka po Amazon a w zasadzie kawałek za Amazon wychlałem 800 ml butelkę CocaColi i ponad 1L wody gazowanej. Wzmocniony słodkościami i ostatkami jedzenia z KFC, które zakupiłem rano (qurrito oraz chessburgery) - dla mnie i dla GŻ po równo na cały dzień - ruszyliśmy w ostatnią prostą. Przejazd przez Przecław i Warzymice minął dość szybko i bez problemu. Tutaj odbiliśmy na Ostoję przez Rajkowo. I w zasadzie to jest jedyne miejsce gdzie zahaczałem o Szczecin o jego granicę. Miejscowości Warzymice i Przecław nie należą do Szczecina. Tutaj dokładnie skręcaliśmy na Rajkowo. Jak mnie tu dawno nie było... W swoim czasie często jeździłem po tych drogach ale to były lata 2019-2020 r. Tak wiele się tu zmieniło. Powstały nowe domy i osiedla. A jedynie ulicy do Rajkowa nie naprawili...: ZS: Sprawównki <-- trasa z 12.03.2021 gdy ostatni raz jechałem drogą do Rajkowa. Wcześniej jechałem tutaj dosłownie kilka razy - 2x w 2019 r. i raz w 2020 r. A nasza podróż dobiegała końca. Będąc znów przy Szczecinie a dokładnie przy ul. Okulickiego odbiliśmy na Stobno. Na kolejne częściowo naprawione drogi i nawet ścieżka rowerowa tutaj powstała! Z pięknej trasy trzeba było jednak zjechać na rozjebaną drogę, prowadzącą do Mierzyna.. I to był już koniec dzisiejszej historii. Wraz z tą drogą nieśmiało pojawiało się czerwieniejące słońce.. Będące coraz bliżej momentu zapadnięcia w sen.. Trasa kończyła się na jeszcze jednej wymianie baterii (krótki postój) bo akurat się rozładowała do zera.. I postoju na . Była ku temu ostatnia okazja. Gdyby w sumie nie ten incydent z kamerą to nawet bym nie stawał. Jakoś od Kołbaskowa po strawie i napojeniu się idzie mi dość dobrze i znów czuję, że mam siłę! Mógłbym jeszcze z powodzeniem co najmniej z 20 km zrobić. Może tam bez przesady ale jeszcze trochę bym dał radę... No cóż każda historia kiedyś się kończy. Dzisiejsza kończy się w Mierzynie gdzie się zaczynała. I teraz nie pozostaje nic innego jak czekać na kolejne wyjazdy i kolejne wyzwania! :) A tak się skupiłem na innych ważnych elementach dzisiejszej trasy, że nie wspomniałem o jeszcze jednej ważnej rzeczy. A mianowicie, na dzisiejszej trasie mój rozwalony napęd w który już nikt poza mną nie wierzy... - przekroczył wyznaczony limit minimalny czyli 10k km... :) Stało się to na co czekałem. To teraz z powodzeniem może się psuć :D

Oto jedno ze zdjęć z trasy :)



Mapa przebiegu trasy :)