Dzisiejszego dnia odbyłem wyjątkową trasę - w tym roku i w ogóle, po raz trzeci miałem okazję zrobić pełną trasę poza miejscem zamieszkania - pierwszy raz była to trasa 30.05.2017 r. - tuż po trasie: "Buszujący w zbożu" z 28.05.2017, drugi raz start w Szczecinie i po Szczecinie na 8 Święto Rowerowe z dnia 04.06.2017. Dzisiaj okazją był weekendowy wyjazd do Świnoujścia i moja chęć pojechania za granicę - na Niemiecką stronę kraju. Mija już prawie 2 lata odkąd pierwszy raz przekroczyłem granicę kraju na Niemiecką stronę - rowerem, 29.08.2015 r. Podczas (jak dotąd) mojej najdłuższej wycieczki rowerowej (liczącej 206 km). Dzisiaj podobna okazja - dała możliwość na ponowne odwiedzenie tych stron, a sam start ze Świnoujścia i koniec trasy w Świnoujściu dawały możliwość znacznie szerszej ekspansji Niemieckiej strony niż w normalnych okolicznościach, gdzie musiałbym się liczyć jeszcze z drogą powrotną do domu, a ta bliska nie jest (ze Świnoujścia to jest 80 km), to jakbym przesadził to by powrót był ciężki a daleko mi wciąż do moich możliwości z przed dwóch laty, mimo regularnych jazd - zawodzą czynniki takie jak: pogoda, i coraz gorszy stan zdrowia roweru - co doprowadza do znaczących utrat sił i możliwości dalszej jazdy. Jednak - jeszcze w tym roku - w podobnym okresie tj: koniec sierpnia, lub początek września, zmierzę się z trasą 200+ km. Coraz częściej myślę, że z trasą 300 km mogę nie dać sobie rady, nie na takim rowerze, nie przy takich możliwościach, takiej wiecznie paskudnej pogodzie. Jednak, nie poddam się bez walki. Podejmę trud jazdy tą trasą - ile zdołam jej zrobić, tyle zdołam. Jak nie dam rady całej 300 km. trasy zrobić, będzie mi tylko smutno z powodu, że się w tym roku także nie udało, ale nie będzie to żadna hańba na honorze, w końcu spróbowałem. Do tej pory nie zamierzam odpuszczać przed dalszymi regularnymi treningami. Na dłuższy wyjazd (150 km, może nieco ponad 150 km) co będzie ostatnim treningiem przed zrobieniem trasy 200+km, postaram się wybrać naprawdę jakiś dobry dzień, dzień w którym naprawdę sobie z tym poradzę, dam radę, czy będzie taka możliwość. Nie poddam się na moim dotychczasowym sukcesie - trasie 140 km, która istotnie była nieco męcząca. Teraz mam za sobą kolejny 1 msc jeżdżenia, odkąd zrobiłem trasę 140 km. Można więc przypuszczać, że chociaż teoretycznie jestem lepiej przygotowany kondycyjnie do pokonania znacznie większej trasy, zmierzenia się znacznie z większym wyzwaniem - jak to będzie - wkrótce się okaże. Zbliżają się dla mnie już te dni, dni próby, gdzie przyjdzie sprawdzić jak pracowało się cały rok nad swoją kondycją i co z tego wynikło. Do tej pory mam dość dobre osiągnięcia - tak sądzę, zrobione w skali roku blisko 3500 km, co przekracza cały dystans roczny za 2015 r. W dalszej perspektywie, jeżeli nic się nie zepsuje, mam realną szansę przekroczyć 5000 km w skali rocznej (co już jest czymś), pozostaje tylko otwarta sprawa czy mój sypiący się coraz bardziej rower sobie z tym poradzi, czy przeżyje tak długo? Nie wspominałem o tym ostatnio, ale po ostatniej (piątkowej, 11.08.2017), trasie - już pod koniec trasy gdy wracałem ze wsi Czarnogłowy do Golczewa, pojawiło się stukanie przy kręceniu pedałami. Poznaję ten dźwięk! To tak jakby się łożysko w pedale rozsypało. Przed dzisiejszym wyjazdem w trasę, próbowałem coś z tym zrobić. Ale na takim normalnym kręceniu kolbą nic nie słychać, nie czuć też żadnego luzu na pedałach ani na ramionach kolby (co mogłoby oznaczać, że dźwięk nie koniecznie pochodzi z pedałów) a ze suportu, który już swój przebieg ma (znacznie ponad 9 000 km) zrobione jest na oryginalnym suporcie, a na nowych pedałach jakieś 2 000 km dopiero. No nie mniej wspominam o tym, gdyż dziś, odkąd dojechałem do Świnoujścia, zdjąłem z bagażnika samochodowego do przewozu rowerów, rower - i pojechałem - towarzyszył mi ten właśnie dźwięk. Im więcej jeździłem, szybciej, bardziej dynamicznie - tym stawał się głośniejszy, częstszy. Była przy tym pewna obawa, czy się coś nie stanie gdy będę po tej Niemieckiej stronie, daleko od granicy. Samochód może nie jest aż tak daleko ode mnie, ale nie miałby i tak kto po mnie podjechać ze Świnoujścia do Niemiec gdyby się coś stało z rowerem. Zawsze tak pesymistycznie myślę, że może się coś stać, że coś się stanie. Tu może być różnie to nie jest sprzęt pierwszej młodości i ma dość spore eksploatowanie (średnio 3 000 km/rok), więc trochę jest. Nigdy nie wiadomo co się może stać. Inaczej sprawa wygląda gdy wyjeżdżam z pod domu i jednak jest drugi kierowca na miejscu, aby mógł w razie czego po mnie przyjechać, i albo jakoś da się naprawić rower na miejscu, albo go zabrać. No bo raczej czegoś poważniejszego na miejscu nie zrobię. No nie mniej - można jedynie się cieszyć, że póki co do niczego takiego nie doszło, nic złego się nie wydarzyło, trasa się udała. Co prawda tak po cichu liczyłem, że właśnie dziś zrobię dystans 150 km. Ale niestety nie dziś, wybrałem się na jazdę zbyt wcześnie, zbyt szybko musiałbym kończyć (czyli po prostu nie ma na to czasu), i dzisiaj nie byłby mój dzień na aż taką przejażdżkę. To nie jest jakiś normalny dystans na rowerek, że nawet jak nie idzie, ale trzeba będzie to by się zrobiło czyli 50-70 km. To już poważny wyjazd, gdzie trzeba czuć to, że da się radę a niestety czasami można nie dać rady. To raczej problem takich amatorów jak ja, profesjonalni sportowcy są wstanie bez niczego jechać znaczne odległości i to zawsze. Tylko trzeba zrozumieć pewną różnicę między profesjonalnym sportowcem a amatorem. Ten profesjonalista ma nieporównywalnie lepszy sprzęt, lata treningów, swojego trenera, dietetyka, lekarza i korzysta z różnych wspomagaczy do treningów. To nie przychodzi od tak.. w profesjonalnym sporcie, nie wystarczą chęci.. i tak jak u mnie, nie udało się dziś to może za 2 dni znów spróbuję. Tam jak się nie uda = to już koniec kariery :) Przechodząc już do samej dzisiejszej trasy, bo póki co się o pierdołach rozpisałem..
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1
ID wpisu: 146
Trasa nr [łączna]: 231
Trasa nr [na blogu]: 145
W tym tygodniu: 4
W tym miesiacu: 7
W tym roku: 81
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 228 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 142 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 3 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 1911.64 km
Stan Licznika Końcowy: 1999.17 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 1643 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 1731 km
Maksymalna prędkość: 38.8 km/h
Przejechałem: 87.53 km
Przejechałem [msc]: 441.61 km
Przebieg roweru [rok]: 3450.21 km
Przebieg roweru [suma]: 9316.83 km
Przejechalem w 2017: 3450.21 km
Podroż dookoła świata (2017) 8.6255 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 23.2921 [%] km
Czas jazdy: 05:34:12 h
Czas Jazdy Suma (blog): 363:53:12 h
Czas Jazdy Suma (2017): 228:14:16 h
Czas Jazdy Suma (sierpień): 27:32:07 h
Czas Jazdy Suma (ever): 587:19:20 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 03:56:01 h
Średni czas jazdy w tym roku: 02:49:04 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:29:33 h
Średnia: 15.72 km/h
Dzisiejsza trasa jak nadmieniłem rozpoczęła się w Świnoujściu - nie daleko granicy z Niemcami. Gdy już wyruszyłem z ul. Stefana Żeromskiego w Świnoujściu, dojechałem do ulicy Powstańców Śląskich a z niej ruszyłem na ul. Juliusza Słowackiego i Stanisława Małachoskiego aby znów znaleźć się na wysokości ulicy Stefana Żeromskiego i wyruszyć ścieżką rowerową, która prowadziła ku Niemcom. Taka turystyczna trasa, wiodąca początkowo przez las, aż do granicy państwa Polskiego z Niemcami, i już Niemiecka strona - zaczynająca się od licznych zabudowań, takiego pasażu handlowego, od groma innych rowerzystów, turystów i w Niemieckim Alhbeck - roiło się aż od karet ciąganych przez dostojne konie. I dość ekskluzywnych hoteli z widokiem na morze. Tak jechałem tą drogą i jechałem aż przed Ostseebad Heringsdorf, skręciłem w głąb miasta. Ten cały (Ostseebad Heringsdorf) to chyba już nie Alhbeck (inne miasto?) albo inna dzielnica. Nie mniej w tym gąszczu rozkopanych ulic - widać nie tylko w Polsce w okresie letnio-wakacyjnym robi się prace budowlane, ciężko się połapać. Zakazy wjazdów, ulice bez przejazdu, i kolejne roboty drogowe nieco utrudniały możliwość sprawnego wyjechania na główną drogę L266. Jednak w końcu - nieco się cofając w głąb Alhbeck, udało mi się wyjechać na tą główną drogę i pojechałem prosto w stronę Usedom czy Wolgast - które jest znacznie dalej. Dość szybko przywitała mnie dobrej jakości ścieżka rowerowa, która biegła wzdłuż drogi L266 aż do skrzyżowania z drogą B111 gdzie skręcałem wgłąb w kraju do miejscowości Pudagla. Tam także była ścieżka rowerowa. I zaczęły się nieco piękniejsze widoki. Ciągnące się całe hektary pola, z dala lasy a po przeciwnej stronie rozciągające się wielkie jeziora na tle majestatycznego nieba z mocniejszym zachmurzeniem z towarzyszącym silnym wiatrem i przelotnymi opadami deszczu, które towarzyszyły mi już w drodze do Świnoujścia samochodem - kilka razy przelotnie padało. A w samym Świnoujściu było chwilami więcej słońca, chwilami mniej. Było nie mniej dość ciepło i przyjemnie. Miejscami tylko silniejszy wiatr. Ale dziwił mnie bardzo widok Niemców czy niektórych turystów. No rozumiem, że to nie jest +30℃. Ale kurtki, grube bluzy to już jednak przesada. Co oni tacy wszyscy delikatni, kilka kropel deszczu, trochę wiatru im krzywdę zrobi? ;) Po ścieżkach rowerowych z początku Niemieckiego kraju dało się zauważyć wiele osób podróżujących w ten sposób a nawet całe rodziny czy grupy przyjaciół, przemierzający kraj na rowerach. Kwitnie tutaj właśnie ten piękny sport. A tym czasem zmierzałem dalej - wzdłuż drogi B111 mijając Pudagla, miejscowość: Neppermin oraz Mellenthin. Tak właściwie przejeżdżałem przez miasta na ich obrzeżach, nie wjeżdżałem w ich centrum, jechałem wzdłuż drogi rowerowej, którą dojechałem do skrzyżowania z drogą B110 i skręciłem w stronę mieściny Zirchow, wcześniej mijając Görke (jakaś wieś), i właśnie w Zirchow, nieco zbłądziłem i nie pojechałem tak jak sobie planowałem gdyż chciałem wyjechać przez miejscowość Garz po Polskiej stronie, ale się nie udało. Zamiast się kurczowo trzymać drogi B111 to jechałem cholerną drogą dla rowerów i wyjechałem na drodze nr L266 i jadąc nią dojechałem do wsi Korswandt co już świadczy o tym, że z kursu niestety zboczyłem i tu nie trzymałem się już drogi L266 a pojechałem ścieżką rowerową w ciągnący się las. Przez las jechało się wyjątkowo dobrze, żadnego komara! W zasadzie nie wycinają tutaj drzew (zresztą nie widziałem też wycinki drzew wzdłuż drogi B111), wszystkie ścieżki w lesie są opisane dokąd która droga prowadzi i za ile km, lub m, będzie jakaś miejscowość - więc super sprawa. I tak jadąc i jadąc tym lasem wyjechałem pod granicą z Polską w Świnoujściu przy dużym parkingu na terenie Alhbeck. Skąd znalazłem się już w Polsce. A w Polsce w Świnoujściu ruszyłem ul. Wojska Polskiego w centrum miasta. Kierowałem się na jego początek - do przepraw promowych na wyspę Wolin. I tak dojechałem do drogi DK93, którą dojechałem do przeprawy promowej "Kasibór". Przepłynąłem promem na wyspę Wolin, i dalej drogą DK93 pojechałem wgłąb kraju, aby odbić - skrótem - na bardzo złą drogę, cała w dziurach i w niezliczonej ilości łat, droga na skróty przez Ognice do Warszowa i drogi DK3, którą wyjechałem na kolejną przeprawę promową - przeprawę do centrum miasta. Przeprawa do centrum miasta zwie się: "Warszów". I będąc już w centrum miasta, wróciłem pod samochód na ul. Stefana Żeromskiego aby z stamtąd wkrótce udać się na obiad do restauracji na ul. Juliusza Słowackiego - na przeciwko sklepu "Społen". Tutaj już po obiedzie, i robiących się coraz późniejszych godzinach, pozostało mi głównie pojeździć po pobliskich drogach. Zajechałem także na plażę, gdzie pojechałem raz po plaży. Wróciłem w centrum miasta, pokręciłem się po starówce - także tam gdzie jest zakaz wjazdu rowerem ;) Gdzie jest "w chuj" ludzi. No i pojechałem na trochę dłużej na plażę. W sumie po samej plaży, po piasku - zrobiłem jakieś 5 km. Trochę się nakręciłem tam, nieco ciężko się tak jedzie, ale bardzo fajnie. Piach dość twardy, nie jest miękki i dobrze się jechało. Nie byłem w tym osamotniony, spotkałem kilka osób co też jechało rowerem przez plażę - tak blisko linii z wodą. Mijało się przy tym całą dzieciarnię itd. W ogóle dzisiaj jak na środek sezonu nad morzem było bardzo mało ludzi, nie było problemu z zaparkowaniem samochodu, ludzi wcale AŻ tak dużo nie było jak to niekiedy bywa. To pewnie przez tą taką niepewną pogodę, mało zachęcająca na urlop. Wkrótce po ostatniej jeździe po plaży zrobiłem sobie jeszcze rundkę po mieście, wróciłem nad rzekę Świna, podziwiając w kończącym się dniu odpływające statki po czym trzeba było wracać - wkrótce.. I skończyć dzisiejszy dzień, dzisiejszą jazdę (: Było fajnie i warto było pojechać - spędzić prawie cały dzień na jeździe rowerem tu. Trochę smutam, że tak mało km. zrobiłem. Nie całe 90 km wyciągnąłem. Ale z drugiej strony, ciężko nabijać km. kręcąc się w kółko po kilku drogach w mieście. Nieco lepiej i ciekawiej jest pojechać w normalną trasę, wtedy też czas inaczej upływa - jest po prostu inaczej. A kolejna sprawa, że zacząłem jeżdżenie dość późno bo dopiero po godzinie 11, już w zasadzie było bliżej do 12. A cała zabawa skończyła się po 19. W tym był czas na obiad, i trochę czasu straciłem na dwie przeprawy promowe (w sumie czas oczekiwania na odpłynięcie) bo sam przepływ szybko - zabrało mi w sumie prawie godzinę czasu - przez którą to godzinę mógłbym zrobić najmniej z 15 km. I tak to później wygląda, że te osiągnięcie jest jakie jest. I ta jazda po plaży jest znacznie wolniejsza niż po asfalcie, zajmuje więcej czasu, dystans wcale nie jest duży, ale stracone siły i energia już tak, te już są duże. Mam przy okazji nadzieję, że podobne wypady, w różne miejsca w przyszłości, uda się także zorganizować. Szkoda, że tego rowerowego bagażnika nie miałem pod koniec lipca gdy jechałem w okolice Trójmiasta na 3 dni wakacji - zabrałbym chętnie rower, zostałbym dłużej i pojeździł po Trójmieście, Malborku, i Toruniu :))
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)