Dzisiejsza trasa jest dla mnie szczególnie ważna! W końcu nie co roku, robi się rowerem pierwsze 25 000 km.. Tak! To już 25 000 km wspólnych przygód za mną! Przygoda wypadła szybko, obstawiałem jeszcze kilka tygodni temu jak brakowało ok. 1000 km, potem ok. 800 km do tego momentu - obstawiałem, że wydarzenie wypadnie gdzieś w okolicy Kwietnia / Maja, może gdzieś na Majówkę ale nie! Wypadło szybciej, wypadło już dzisiaj czego świadomy byłem w ostatnich dniach jak odliczanie kilometrów zaczęło przyspieszać. Szykowałem się do tego wydarzenia jeszcze przed wymianą napędu i po wymianie napędu: Gryfice: test nowego osprzętu, gdzie do dzisiejszego dnia zostało dosłownie kilka tras, w przepięknych stronach, w jakich przyszło mi mieszkać. Przez ostatnie 25 tyś km i lecący już 6 rok życia Aurelii, przemierzałem dobrze mi znane a także na nowo odkrywane drogi, wsie.. Miałem mnóstwo przygód, i piękniejszych i smutniejszych.. Spory bagaż doświadczeń, który zaprowadził mnie do tego, co już mam, co już osiągnąłem. A o osiągnąłem wiele co widać po moich wojażach w trwającym 2020 r., w którym mimo pracy i pracowania, znajduję czas na jeżdżenie, gdzie epidemia koronowirusa, skrócone godziny pracy i mniej dni spędzanych w pracy idealnie mi służą. Więcej czasu poświęcam na jeżdżenie, co ma wiele dobrych stron i przynosi oczekiwane efekty. Nigdy wcześniej nie udawało mi się o takiej porze roku robić takie dystanse, takie kilometry! A w tym trwającym roku już kilka 100 km tras zrobiłem.. Co jedna to coraz dłuższa.. Gdzie na uwagę zasługują w szczególności dwie trasy, stanowiące I-wszą i II-gą część pożegnalną dla ostatniego używanego przeze mnie napędu, w Aurelii (trzeci napęd), który przeżył najdłużej bo przeżył prawie 11 000 km, co stanowi 44% całkowitego dystansu Aurelii z chwilą czy ze stanem na dzisiejszą trasę. A ów wspominane trasy to: Nowe Warpno oraz Pożegnalna trasa. Jeżdżę cały czas i nieustannie, i nie poddaję się.. Wciąż walczę w myśl tych słów: MIARĄ SUKCESU JEST SUMA PORAŻEK. Dla stałych czytelników, słowa mogą wyglądać znajomo. Odnoszą się bowiem do trasy: "Miarą sukcesu jest suma porażek". Ten cytat idealnie wpasowuje się w dzisiejszą jazdę, choć mógłby być trochę zmodyfikowany.. Bowiem dzisiejszy wyjazd kończy pewną epokę w moim życiu, zaczyna kolejną epokę. To nie jest tylko cykliczne odliczanie kolejnych kroków co 5 tyś km.. 20 tyś Aurelio - Wyspa Pucka, to jest podsumowanie pewnych doświadczeń, podsumowanie zawiązanych znajomości, i budowanie niezłomności. Dzisiejszy wyjazd rozpocząłem nie czując się za dobrze ani fizycznie ani w kondycji psychicznej. Po mojej ostatniej trasie: Leśne zbrodnie, włącznie z mijającym weekendem zbliżałem się do dzisiejszego dnia. Nie mogłem w nocy spać, źle mi się spało, nie czułem się za dobrze i mocno niepewnie. To jednak kawał drogi (150 km) planowane. To nie jest łatwy ani tym bardziej krótki dystans. A dzisiaj jeszcze na trasie miałem niespodziewane zdarzenia.. Po ok. 40 km trasy zaliczyłem wywrotkę, poturbowałem się, mam pozdzierane głównie nogi, i wielki siniak na nodze, na kolanach porysowania od piachu i kamieni.. I trochę ucierpiał jeden palec na ręku. Wszystko trwało dosłownie chwilę, mała chwila nieuwagi, zdarzenie.. I tragedia gotowa. Aurelia wyszła z tego prawie dobrze, połamały się zatrzaski, trzymające błotnik na przednim kole, przez to błotnik ocierał o oponę. Nie mogłem sobie z tym na miejscu poradzić..
Więc poodginałem cały błotnik jakoś na bok i pojechałem dalej. Dużo kilometrów nie zrobiłem gdzieś z 10 km, może kawałek dalej. Stałem na poboczu drogi, malowniczych stronach, wiodących do Dobrej Nowogardzkiej. Aurelia też grzecznie stała, do chwili gdy postanowiłem odejść od niej na chwilę, aby podlać tutejsze suche z braku opadów uprawy xD (nie no żartuję - wcześniej była trawa i słup energetyczny). I w tym momencie powiał silniej wiatr i Aurelia się przewróciła tak nie szczęśliwie, że uszkodzeniu uległo szkiełko, chroniące soczewkę kamerki.. Porysowało się w miejscu, w którym "widzi" oko kamery.
No ja kurwa wszystko rozumiem, wywrotkę, i co ciekawe wtedy się za wiele nie stało złego, właśnie tylko się poobijałem, błotnik rozwaliłem i przestał działać mój główny licznik Thor. Mimo takiego niespodziewanego obrotu spraw, otrzepałem się, odkręciłem kierownicę, która się do środka przekręciła.. Pozbierałem się, i pojechałem dalej.. Pojechałem mając nadzieję, że pozostałe ok. 110 km do domu jeszcze zrobię.. Ale już kurwa pecha 2x wciągu jednej trasy nie rozumiem.. I nie mogę zrozumieć.. Aurelia wiele razy mi się przewróciła. Ja na niej też się kilka razy wywaliłem. Ale nigdy tak, żeby doszło do uszkodzenia kamery.. Czy obudowy w której się ona znajduje. A dzisiaj doszło do tego 2x. Pierwsza wywrotka nie miała wpływu ani na ustawioną pozycję statywu (jedynie w górę poszedł) ale pion trzymał, wyprostowałem go i było OK. A teraz się wszystko zjebało. I ustawienie pionu i nagranie. Od momentu drugiej wywrotki było gorzej.. Widać ślad po prawej stronie nagrania, taki cień, wynika on z zarysowania szkiełka za soczewką kamerki.. I mimo tych wszystkich zdarzeń, tego, że z oczywistych względów nie mam pełnych statystyk jazdy (licznika Sigma - zapasowego) nie resetowałem od czasu wymiany ostatniej baterii (Iglice: "Pałacyk jak ze snu" - Marzec) - nie resetowałem jemu ani Dystansu Dziennego ani Czasu jazdy dziennej. Mam tylko wartości sumaryczne, które wraz z danymi z GPS pozwalają mi oszacować jak długo jechałem, jaką osiągnąłem MAX prędkość, i ile zrobiłem kilometrów. Dane wpisane we wpisie są dzisiaj z GPS i oczywiście z błędem pomiarowym GPS pokrywają się z wartościami licznika Sigma (zapasowego). Co nie zmienia faktu, że z pierwszych 40 km nie mam dokładnych danych, a te dane są mi potrzebne.. Wykorzystuję je na trasie.. Bez nich jest gorzej, mogę w niekontrolowany sposób chcąc zrekompensować sobie to co się dzieje tracić siły na szybsze jeżdżenie... A to nigdy nie kończy się dobrze. Dzisiaj miałem sporo przesłanek żeby zrezygnować z trasy - 1. poważna wywrotka, która mogła się skończyć o wiele gorzej 2. małe uszkodzenia roweru i licznika, 3. uszkodzenie obudowy kamerki. A mimo wszystko nie poddałem się, i walczyłem do końca. Zrobiłem całą trasę. Straciłem sporo sił i zużyłem sporo zasobów napojów i wody, oraz słodyczy i kanapek jakie wziąłem na trasę. Wyjechałem wcześnie rano - chwilę przed godziną 8, wróciłem już późno (przed godziną 21). W ostatki sił, i ostatnie metry trasy (dosłownie) dopadał mnie już zmrok.. Moim pocieszeniem była Aurelia, wspólne oglądanie zachodu słońca.. <3 I może wciąż trwająca nadzieja, radość, czy zadowolenie z podjętej próby i dotrwania do jej końca.. A nie ukrywam łatwo nie było. Nie było dzisiaj za ciepło, z rana i pod wieczór było chłodno.. Cały dzień wiał raz silniej a raz mocniej wiatr.. A jeszcze sama trasa, nie była lekka, często pod górki, sporo wzniesień i w kilku przypadkach nowe, dotąd nieznane mi drogi.. Nowe drogi, nowe przygody i nowe nadzieje :) Pewny okres zmagań już za mną, pewny okres dopiero przede mną. Tym okresem będą moje zmagania z Aurelią do 50 000 Aurelio!, które będzie? No właśnie? :) Może za 4 może za 5 lat.. Wtedy z nostalgią wróci się do dzisiejszego wpisu, dzisiejszego dnia pełnego wyzwań.. Niezłomność i chęć walki do końca.. To najważniejsze cechy jakie wypracowałem sobie na regularnym jeżdżeniu z Aurelią, pokonując kolejne słabości i stając się coraz mocniejszy.. Moja walka jeszcze się nie kończy.. Choć wiem, że dzisiaj 150 km to trochę za dużo.. Dzisiaj aby się dobrze czuć to mogłem poprzestać na ok. 120-130 km. Nie mogłem się jednak poddać.. I walczyłem dalej.. I wiem, co jest pewne, że następnym razem będę wstanie zrobić więcej niż 150 km i nie będzie miało to na mnie negatywnego wpływu! ;)
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1
ID wpisu: 593
Trasa nr [łączna]: 675
Trasa nr [na blogu]: 589
W tym tygodniu: 3
W tym miesiacu: 11
W tym roku: 69
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 666 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 580 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 9 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 0 km
Stan Licznika Końcowy: 0 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 913 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 1066 km
Maksymalna prędkość: 40 km/h
Przejechałem: 151.2 km
Przejechałem [msc]: 555.64 km
Przebieg roweru [rok]: 2445.5 km
Przebieg roweru [suma]: 25011.23 km
Przejechalem w 2020: 2445.5 km
Podroż dookoła świata (2020) 6.1137 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 62.5281 [%] km
Czas jazdy: 09:18:55 h
Czas Jazdy Suma (blog): 1356:25:05 h
Czas Jazdy Suma (2020): 158:01:45 h
Czas Jazdy Suma (kwiecień): 35:50:22 h
Czas Jazdy Suma (ever): 1579:51:13 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 03:15:29 h
Średni czas jazdy w tym roku: 02:17:25 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:17:15 h
Średnia: 16.26 km/h
Trasa z dnia dzisiejszego jest bardzo długa :) Nie tylko w swoim przebiegu ale także w opisie.. Co widać po pierwszym akapicie. Trudno się dziwić, w końcu sporo się działo, i to jest w końcu ważna trasa, ważne wydarzenia. Przesłanek do tego aby dzisiaj nigdzie nie jechać było sporo.. Przez weekend niezbyt dobrze się czułem, dzisiaj niezbyt dobrze się czułem.. Do tego dochodzi wciąż szalejąca epidemia koronawirusa.. I kolejne durne wymysły jak jeżdżenie czy chodzenie w maseczkach na rowerach. Naprawdę, głupota ludzi i ich kompletny brak jakiegokolwiek rozumowania jest czymś przerażającym. Jak łatwo manipulować ludźmi. A ja oczywiście miałem tą maseczkę i tą szopkę w dupie ;) Dzisiaj zrobiłem ponad 150 km, w dużej części głównymi drogami (wojewódzkimi), mijałem tylko raz jeden radiowóz, nie miałem żadnej chusty, maski - no po prostu niczego na łbie i ta historia się skończyła tak, że ja sobie pojechałem i milicja sobie pojechała ;) I nikt nikomu pod górkę nie robi.. No dobrze prócz tych czynników pojawiają się FAKE NEWSY o zagrożeniu związanym z pożarami na Ukrainie w strefie reaktora nuklearnego w Czarnobylu. Miałbym jakoby rezygnować z planów i trasy przez kolejne zagrożenie?! Ale to nie wszystko! Jutro mam do roboty na godzinę 14. A wczoraj (18.04) popsuł się samochód XDD Także wesoło. Było jakieś ryzyko, że musiałbym dzisiaj na Szczecin jechać ale nie! Nie mam zamiaru! No bo JEBAĆ POLICJĘ, i no bo nie zrezygnuję z planów z tak prozaicznego powodu jak PRACA i brak możliwości dotarcia do niej, co nie jest moim problemem a problemem pracodawcy a tudzież problemem POLICJI ;) I tego rozumowania się będę trzymał. Tych ALE żeby nie jechać miałem sporo. Tych ALE aby przerwać jazdę też miałem sporo. Wspominałem o tym w pierwszym akapicie wpisu. Jest jeszcze jedno ALE, najważniejsze: ALE SIĘ NIE PODDAŁEM! Jazdę mimo wielu przeciwwskazań rozpocząłem przed godziną 8 rano. Udałem się wzdłuż drogi WD152 do Starogródka, po drodze mijając Resko, a ze Starogródka drogą DW148 dotarłem do Łobza. Niezbyt prosta trasa, szczególnie od Starogródka bo miałem pod wiatr.. A tą trasę, dość mocno kojarzę z tym wyzwaniem: Ciągnikowe drogi. Oglądanie filmu z tej trasy było moją wielką motywacją do podjęcia działań mających na celu zrobienie dzisiejszego wyjazdu. Z filmem z 2017 r., wiąże się pewny problem. Kamerka była źle ustawiona, zbyt wysoko i trochę pod kątem.. I to mnie "trochę" denerwuje :) Tylko trochę.. No dobra.. Do Łobza jakoś dojechałem, choć przejazd po drodze DW148 był ciężki, miałem pod wiatr, i pod wiatr. Na miejscu w Łobzie skierowałem się od razu na Dobrą Nowogardzką, wzdłuż drogi DW147, z której w miejscowości Trzmiele zjeżdżam na DW146. I właśnie miałem tutaj małe nawigacyjne problemy no bo jak sobie ustalałem trasę przez GOOGLE, to ten dziad (GOOGLE) nieco inaczej mi zaproponował abym jechał. Próbowałem jeszcze w Łobzie, potem jeszcze przed dojazdem do wsi Mosty trzymać się tych planów. A na końcu je olałem. To są absurdy ;) No bo miałem włączoną jazdę rowerem. Mapy GOOGLE znalazły mi trasę po Bóg wie czym i gdzie.. Gdzieś gdzie nie będzie prosto trafić.. I nie będzie najpewniej przejazdu o czym w dość złośliwy sposób przekonałem się na samym końcu trasy jak już wracałem przez Ościęcin, chciałem pojechać kolonią do Truskolasu. W ostateczności się wracałem i ścinałem drogę lasem przy tym niemiłosiernie kląłem. Nie ma możliwości przejazdu. Drogi leśne są zniszczone, zaorane, bo śmiecie niszczące lasy wywożą tak drzewa, rujnują te drogi, jest strasznie sucho.. I nie jestem wstanie jechać.. Jestem tylko wstanie kląć. A mam na co oj mam. No nie mniej kontynuując już w drodze do Łobza miałem małe problemy. Po wielu miesiącach - bo odkąd niestety zacząłem pracę -.- (Makowice-Lotnisko:
"trasa wielu tytułów") <- ostatnia trasa wolności przed pracą; Szczeciński miejski wojaż:
"Trasa po pracy". Zaprzestałem wozić radyjko na Aurelii. Te miałem przyklejane aby nie spadało. Na dzisiejszy wyjazd postanowiłem jechać z radyjkiem. Te mi zaczęło spadać. Nie fortunnie zaczęło mi lecieć na stromym zjeździe za Łobzem w stronę Dalno. Ja instynktownie złapałem lecące radyjko, i wtedy pociągnęło mnie w bok, i się wyjebałem.. Masakra.. Pozbierałem się, walczyłem dalej - pomimo tego, że ucierpiała Aurelia, licznik i najmniej ważny element czyli JA. Jechałem dalej.. Mijałem kolejne wiejskie tereny..
Sielanka skończyła się za wsią Siedlice, skąd do Dobrej Nowogardzkiej była niedaleka droga. Bowiem tutaj za Siedlice miało miejsce drugie wydarzenie, na którym się już mocno załamałem. Czuję się jak jakiś jebany nieudacznik, niedojda życiowa. Raz się wywalić można, ale dwa razy na jednej trasie!? Ciągle coś. Drugie zdarzenie miało większe skutki.. Zniszczona obudowa wodoszczelna dla kamerki.. Ślad na nagraniu od tego miejsca pozostał ze mną do końca.. A ja już mniej ufny w swoje siły i możliwości jechałem dalej do wsi Dobrej Nowogardzkiej, z której kierowałem się na Jenikowo. I tutaj dałem sobie spokój z jechaniem tak jak chciało GOOGLE: Proponowany szczegółowy przebieg trasy wg. GOOGLE. Miałem wyjechać w miejskości Dębice jadąc przez jakieś Bagna. Problem w tym, że droga na Bagna nie jest oznacza, to skąd mam wiedzieć jak mam do niej dojechać?! Nie trafiłem tak.. Wyjechałem w Janikowie dokąd prowadziła mnie droga z Dobrej.. Wyjechałem na już znaną mi drogę DW106. Tą drogą się dojedzie do Stargardu, a dalej do Pyrzyc ;) A ja nią jechałem tylko do Maszewa skąd odbijałem na Goleniów (DW113) i tak udało mi się dojechać do wsi Mosty. Po drodze, tego 10 km odcinka drogi - czyli już wspomnianej wsi Dębice a ściślej ujmując jeszcze w Bęczno, natknąłem się na ruiny przydrożnego domku. Przykuło to moją uwagę na tyle mocno, że wjechałem tam, i sprawdziłem co jest w środku ;) Porobiłem parę fotek, odpocząłem sobie przed dalszą drogą i pojechałem dalej do wspominanego Maszewa a z niego do wsi Mosty - wiodła mnie dość ciężka droga, sporo pod górkę, trochę lasów, ale jednak pod górkę, zniszczone te drogi, ciężko się jedzie.. Jakoś jednak dojechałem do Mostów, i tam szybko skapnąłem się, że mam od razu skręcać jak drogowskaz wskazuje na wieś Burowo. Jak dla mnie ten drogowskaz powinien wskazać także dalsze wioski, w tym wypadku Osina (ile KM?) i można dać dodatkowo mniejsze wioski. A tak mamy taki problem w kraju, że drogi nie są oznaczone, bądź nie są oznaczone poprawnie.. I nie idzie dojechać nigdzie :( I się zgubić łatwo. A w okresie panowania tego wyimaginowanego stworka w postaci KORONAWIRUSA zawodzi moja dotychczasowa metoda nawigacji i radzenia sobie - po prostu popytać się tubylców o drogę. Zostałem skazany sam na siebie, jadąc jak mi serce podpowiada na Osinę.. :) Przepiękna droga, malownicze wiejskie krajobrazy, których kwintesencją okazała się wieś Przypólsko. A potem już jakoś poszło, dojechałem do Osiny a z niej do Kikorza. Wstąpiłem w ostatni etap mojej trasy. W ostatnie odwiedzanie pięknych stron, które dokładniej opisywałem choćby na takich trasach jak: Polskie drogi - dzień 2 czy Trasa Redostowo-Czermnica. Piękne strony, które niestety rzadko odwiedzam. Dzisiaj była okazja aby sobie przypomnieć aby dojechać do Czermnicy i wrócić przez Błotno. No bo jakbym miał jechać lasami jak sugeruje pojebane GOOGLE.. to bym się po prostu zajebał.. A dość powiedzieć, że miałem już nabite znaczne kilometry. W Błotnie (DW106) to było ok. 120 km. Wracałem już, ostatnie kilometry, coraz większe oznaki kończącego się dnia. Nawet siły się powoli kończyły a ja niepotrzebnie zacząłem forsować z jazdą w granicach +20km/h. Tak dojechałem do skrzyżowania z ul. DW108 nim dojechałem do Uniborza targały mną takie mieszane uczucia. Miałem w planie i miałem nadzieję zajechać do Zagórcza <3 Wracać wsiami.. Trasa Zagórcze - Wytok. Taaak, wracać wsiami jak na trasie z przed kilku dni: Wielkanocne Wojaże. Plan ostatecznie wdrażałem w życie, w Uniburzu skręciłem na Ościęcin ale się poddałem.. Złapało mnie zmęczenie, i zdałem sobie sprawę, że to bez sensu, że za dużo się forsuję. Postanowiłem wrócić przez kolonię Ościęcina a dalej do Truskolasu. W malowniczych stronach, które przyozdabiać miał zachód słońca.. Te malownicze strony przypominają mi o trasie: Oblicza Truskolasu. Tylko, że wtedy dało się tutaj jechać. Dzisiaj się nie dało, Ościęcin minąłem i przy lesie się jechać nie dało. Nie chciałem sobie wmawiać, że to tylko chwilowe, chwilowe, i zaraz pojadę bo to nie prawda. Więc się wycofałem z tego pomysłu.. I skręciłem w leśną drogę, którą wyjeżdżam blisko Truskolasu na DW108. Tyle, że tutaj się też nie da jechać a gdyby tego było mało to las jest mocno przerzedzony.. Co spotęgowało we mnie dużo gniewu i szło wiele negatywnych uczuć. Tak szczerze? To ja szczerze współczuję Straży Leśnej i innym pajacom, którzy chcieliby w tej chwili egzekwować u mnie zakaz wstępu do lasu. Bo ta cała frustracja, te całe niepowodzenia w życiu przelałbym właśnie na nich a to DLA NICH skończyłoby się bardzo źle.. A więc będąc już zarżniętym, dosłownie ciągnąłem rower w tym jebanym gęstym piachu.. Wszystko jest tak przesuszone, że to jest jakaś masakra. Ponad kilometr ciągnięcia roweru nim przy zachodzie słońca, i o wiele chłodniejszym powietrzu, wróciłem na drogę DW108, na której już dawałem z siebie ile mogłem aby jak najszybciej dojechać. Po drodze stanąłem tylko na zrobienie fotek zachodu słońca. Już dosłownie w Płotach, na rondzie skrzyżowanie DW108 z DW109 rozdzielały się dwa światy (mroku i wciąż zachodu słońca).. W takim półmroku zdążyłem wrócić.. Będąc trochę zmęczony po trasie. Sporo się dzisiaj wydarzyło, trochę ran odniosłem.. Ale przetrwałem.. Dojechałem do końca.. Udało się.. Udało się zrobić z Aurelią ponad 25 000 km.. Naszych wspólnych przygód, przepięknych wspomnień, które zostaną ze mną do końca życia :) Nie ukrywam radości z faktu podjęcia tego wyzwania, choć obawiałem się, że nie dam sobie rady.. Dzisiejszą trasę pewnie przypłacę migreną w dniu jutrzejszym. Nie mniej myślę, że ta trasa czy Aurelia jest takiego poświęcenia warta (: Do zobaczenia zatem drodzy czytelnicy w historii, którą życie będzie pisać, historią która będzie pisana po 25 tyś km..
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)