Dzisiejsza trasa w ten pięknie zaczynający się niedzielny dzień, już z samego rama prowadziła mnie szlakami tras. W moich myślach było odkrywać nowe tereny. A także oczywiście fajnie spędzić czas. Jednakże wszystko już od rana szlak trafił przez tą patologię w której się wychowuję, w której mieszkam. Takie zachowania jakie tu mają miejsca, te niczym nieuzasadnione czepianie się... Tylko odbiera mi chęci do jeżdżenia, do walki z samym sobą o lepsze jutro. Do wszystkiego wprost. Bo co to kurwa moja wina, że są w nocy przymrozki? To, że są to jest złe. No ale znów nic się nie poradzi na to, że są. Taki urok tego pierdolonego kraju. A jeszcze się będą ekolodzy srali o jakieś globalne ocieplenie. Globalnie to im promienie z komputera rozum wypaliło. I to jedyne o czym można mówić w sferze globalnych zjawisk. A to, że zdarzają się ciepłe lata. I coraz bardziej niszczycielskie siły żywiołów. No cóż. Zdarzają się ale to znowu wina ludzi. Nie moja. A ja nie dostrzegam swojego przewinienia w tym, że po godzinie 8 rano wybierałem się już w trasę. Temp. na zewnątrz była w granicach +3℃. Jak była zima to jeździło się w gorszych warunkach. Często w najcieplejszych momentach dnia temp. wynosiła te +2℃ może +3℃. I nie było problemu. A teraz to jest problem bo co?! Bo w tej pierdolonej telewizji coś pierdolili od rana?! Kurwy zasrane. Takie obnażanie tej rzeczywistości bardzo negatywnie na mnie wpływa. Powoduje tylko niepotrzebną złość. I tak nie jest mi kurwa łatwo jeździć. Starać się. Problemów jest sporo. Między innymi to, że się nie nadaję do jeżdżenia rowerem. Nie mam co do tego zdrowia, ani odpowiednich genów. Miesiącami się staram, walczę o wszystko. Walczę o każdy kilometr trasy. i co mi po tym przychodzi? Takie zniechęcanie z rana, że gdzie ja będę jechać, jak tam zimno. A inni kurwa mogą jeździć. Korzystają. Naprawdę mam wyjebane co ludzie o mnie mówią czy myślą. Bo kto mnie ma krytykować?! Banda życiowych nieudaczników co mieszka w tym bloku co ja, większości jebani alkoholicy i nikt więcej. I mam się przejmować zdaniem takiej patologii?... A to ona ma najczęściej coś do powiedzenia. A potem chodzę tylko taki nerwowy. I dochodzi do różnych sytuacji, pierdolnięcia krzesłem o ściany, rozjebania czegoś. Koniec końców wszystko i tak obraca się przeciwko mnie! A czy tak kurwa trudno zrozumieć, że ja potrzebuję wsparcia? Zachęcenia? A nie wręcz przeciwnie. Co ma mnie zachęcać do kontynuowania treningów i regularnego jeżdżenia? To, że coraz większa liczba skurwysynów wybiera pojazdy elektryczne do jeżdżenia? Coraz więcej widzę tych cholernych elektrycznych rowerów. To jeszcze bardziej zniechęca. Jest demobilizujące. Im jest łatwiej, sprawniej. Rozwijanie tego badziewia nie powinno mieć miejsca a o tym piszę od lat. A tym czasem promuje się już rowery elektryczne dla kilkuletnich dzieci (i to dosłownie), gdzie takie bachory nie powinni w ogóle jeździć na rowerkach! Czy naprawdę nikt sobie nie zdaje sprawy, że te dzieci nie mogą jeździć po drogach publicznych a już tym bardziej DDR?! A w okresie letnim już nie mówiąc wyjazdów wakacyjnych to jest całe multum takich sytuacji... Zresztą spójrzcie sami na ten filmik: Rowerki elektryczne dla kilku letnich dzieci. Przecież to jest nie normalne. Ten świat jest nie normalny. Koniec końców jednak okaże się, że to ja jestem tu ten zły, któremu nigdy nic nie pasuje. Jasne...
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1 * Poprawka licznika z powodu bugów 2021 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
ID wpisu: 999
Trasa nr [łączna]: 1079
Trasa nr [na blogu]: 993
W tym tygodniu: 4
W tym miesiacu: 14
W tym roku: 37
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1069 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 983 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 10 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 5576.6 km
Stan Licznika Końcowy: 5636.32 km
Stan Licznika Końcowy2*: 5636.69 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 18193 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 18253 km
Maksymalna prędkość: 42.9 km/h
Przejechałem: 59.72 km
Przejechałem [msc]: 496.37 km
Przebieg roweru [rok]: 1081.6 km
Przebieg roweru [suma]: 42335.91 km
Przejechalem w 2022: 1081.6 km
Podroż dookoła świata (2022) 2.704 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 105.8398 [%] km
Czas jazdy: 04:38:57 h
Czas Jazdy Suma (blog): 2443:34:47 h
Czas Jazdy Suma (2022): 72:40:36 h
Czas Jazdy Suma (marzec): 35:28:07 h
Czas Jazdy Suma (ever): 2667:00:55 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 02:32:01 h
Średni czas jazdy w tym roku: 01:57:51 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:26:46 h
Średnia: 12.89 km/h
Trasa z dnia dzisiejszego prócz tego niezbyt udanego początku, prowadziła mnie początkowo w chłodnej pogodzie, potem walcząc z silniejszymi podmuchami wiatru w częściowo znanych a częściowo dopiero poznawanych drogach regionu. Pierwszą zmianą, czymś dotąd nieznanym dla mnie był przejazd przez wieś Maszkowo. Wielokrotnie się jeździło na Nowogard i po okolicach. Ale akurat w Maszkowie jeszcze nie byłem aż do dzisiaj. Fajna mała wioska, za którą kierowałem się już nie taką fajną, dość zniszczoną dróżką do Konarzewa. Zaraz za wsią stanąłem na chwilę, przy rozciągającej się w całej swojej okazałości polanie. Zasianie tudzież uprawy jeszcze były pokryte szronem. Jeszcze słońce nie zdążyło zbyt wysoko zejść, tworząc przepiękny kadr. Moje pierwsze dzisiejsze zdjęcia nowym nabytkiem szkoły Nikon Z FC. Gdybym uginał się pod presją, którą miałem rano i na ten przykład wyjeżdżał w trasę później byłoby gorzej. Większy wiatr utrudniał by bardziej jazdę. Wystarczy, że i tak obniżał odczuwalną temp. To walka z wiatrem by była. I nie byłoby tych pięknych kadrów. A to nimi zaczynałem tą podróż w nieznane. Już w Konarzewie kolejne zdjęcia. Zniszczone czasem i brakiem zainteresowania silosy choć w parach ale samotnie na uboczu swoich dni dogorywały. A potem... A potem to już typowo było. Czasem dość ciekawie jak miejsce w którym w tym całym Konarzewie wyjeżdżałem :) Za sklepem, w taką byle jaką dróżkę. A w życiu bym od strony wioski tu nie trafił. A tak proszę. Dojechałem. Potem Jarchlino, z którego jechałem na dobrze znaną Łosośnicę. Jechałem niosąc za sobą smutków garść. Sytuacja z rana choć mija już od niej godzina, dwie i kolejna wciąż się trzyma. Wciąż złości. I psuje mi piękną trasę, na której tak nie wielu gości. Patrząc z perspektywy już przejechanej drogi - widzę to, że mógłbym ciekawiej jechać. A tak pchałem się po najprostszej linii z Jarchlina na skrzyżowanie do Żerzyna. A mogłem gdzieś bokiem gdzieś lasami próbować. Wszak nie wiele znam tych lasów. A raczej to co z nich zostało. Wszędzie te spustoszone miejsca straszą. Po wyżynane, połamane. Wciąż setki drzew przez wiatr zwalone pozostaje. I choć mijają kolejne dni, a za nimi tygodnie. Wkrótce kolejny miesiąc minie nie wiele się tu zmienia. Te podłe skurwysyny, jebani "leśnicy", jak była pora taka na wycinanie na sprzedaż drzewa - nie przejmowali się tym, że są święta, że jest niedziela. Całodobowo rżnęli wszystko jak leci. A teraz kurwa co?! Teraz to już ciężko usunąć wszystkie oznaki wichur, które przyniosły swoją drogą tyle szkód?! To już nie jest palący dla nich temat?! I tak mocno odsuwają się od jego realizacji?! Skurwysyństwo bez granic. Ten problem widziałem wszędzie. Ale najbardziej w lasach od Policka po Dobiesław. Może dlatego, że tam trochę zbłądziłem. Choć dalej nie jestem pewny, czy pojechałem zamierzoną drogą -.- Te lasy mają dla mnie tyle tajemnic. Ale po kolei. Skręcałem dopiero na Żerzyno. Ja tu byłem kiedyś okolice 2015 r., nie mam tego na mapie ani na blogu. Wtedy jeszcze nie miałem kamerki, ani bloga. Jednak pamiętam, że byłem. W tych wówczas istniejących lasach trochę pozwiedzałem terenów. Są to wciąż nie odkryte na nowo miejsca. Ale czy będę miał dość motywacji aby je odkryć? No po prostu trafia mnie na tej drodze, co jeszcze niemcy budowali. Wyłożona z kamieni... Tak się źle po tym jedzie. Niebezpiecznie. I nie zdrowo. Taka była cała droga do Żerzyna. Nie wielkiej osady otoczonej dookoła lasem i bliskością rzeki. W Żerzynie przypadkiem udało mi się podjechać pod teren elektrowni wodnej. Otoczony groźnymi tabliczkami. Już to widzę jak te kurwy podłe mieliby przepuścić na przejazd rower -.- Po odgradzali się od wszystkiego i innych ludzi. No tak nie może być! Przez tą elektrownię byłby świetny skrót na dojazd do Makowic. Dzisiaj jednak nie jechałem na Makowice ani nie planowałem korzystać z tego skrótu. Wybrałem się wzdłuż rzeki Regi do Reska. A z Reska niepotrzebnie pojechałem polną drogą na Policko. Dla mnie nie było tam przejazdu i cały czas prowadziłem rower. Mogłem drogą DW152 sobie podjechać i elegancko szutrową drogą ruszyć ku nieznanemu. W lesie za Polickiem szukałem drogi, którą chciałem robić trasę: Leśnymi przygodami. Chciałem wjechać w ten konkretny wjazd. Droga pożarowa 35. I nie mogłem go znaleźć. Wpakowałem się znowu w przeprawę w lesie. Wszędzie pozalewane wszystko, wody aż nadmiar, błota. I zwalonych drzew. Ostrych krzewów i dzikich róż, które znowu mnie dość mocno poraniły. I nie tylko mnie. Cierpi na tym też Aurelia, mając kolejne porysowania. A także jej nie nowa opona (szczególnie na przednim kole) z przebiegiem 25k+ km. Już miałem się poddać, ale jakiś przejazd przez las znalazłem. Ale czy to ten który szukam? Nie jestem pewny. Albo to błąd GPS albo i tak źle pojechałem bo na mapie nie wygląda to tak jak powinno. Zatem niechętnie, ale raz jeszcze ruszę szukać tą drogę, robiąc raz jeszcze już wspomnianą trasę: Leśnymi przygodami. Może wtedy się uda znaleźć tą drogę. Albo potwierdzić, że przy utracie nadziei dzisiaj - już chciałem wracać na DW152 i mieć to w dupie, znalazłem ładny skręt. I jakoś wyjechałem z tych leśnych dróg. I nadal nie ciesząc się dzisiejszym dniem powróciłem do mojej szarej rzeczywistości.
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)