Trasa z dnia dzisiejszego, była moim kolejnym Szczecińskim miejskim wojażem. Ten ma wyjątkowy przebieg, ze względu na wprowadzenie w życie, zamysłu jakim jest robienie po 150-200 km / tygodniowo w tygodniach w takich miesięcy jak Kwiecień-Październik. W pozostałych miesiącach roku, jestem mniej ambitny i wystarczą przebiegi 50-100 km / tygodniowo. To powinno dawać w konsekwencji ładne wyniki za podsumowanie lat, i być jakimś - jakby to ująć, pogodzeniem życia zawodowego z prywatnym. Gdzie do tego pogodzenia, wdrożenia się, i przyzwyczajenia w pracy jest jeszcze daleko. Mijające tygodnie i najbliższe przede mną, będą najpewniej nadal takim przejściowym etapem, gdzie będą się zmieniać różne moje życiowe cele, i sposoby ich realizacji. Obawiam się tego, że przesiąknę tym miejskim życiem, od którego tak bardzo trwonię.. Kto jednak może wiedzieć co przyniesie przyszłość.. Dzisiejsza trasa to nie tylko wprowadzenie w życie, albo właściwie próba czy nadzieja, że uda się wprowadzić przewidywany dystans treningów. To także spore problemy techniczne z Aurelią, w obszarze napędu - problem z regulacją przerzutki na niskich przełożeniach, a także problem z tym pierdolonym licznikiem Sigma 600, który dzisiaj się tak zbuntował, że praktycznie wcale nie działał. A ja niestety już od wielu ładnych tras, a dokładnie od trasy: Trasa pracy & kursu, jeżdżę bez mojego głównego licznika Thorn. Mimo moich prób, nie udało mi się dzisiaj uruchomić licznika Sigma -.- Kręciłem magnesem, ustawiałem wysokość czujnika, i nie ma chuja, nie działał. ALE, ten skurwysyński licznik, który często tak odpierdala, od nie chcenia się kilka razy odpalił. Nabił w sumie 4,07 przejechanych km, w czasie 15:38h. Tyle co nic ;) Nie odzwierciedla to faktycznej pokonanej dzisiaj odległości, i nieco innego problemu szacunkowego. Otóż, trzeba było na dzisiejszą trasę oszacować czas trwania trasy. Mam nagrania jak najbardziej, dane z GPS, z kamerki. Bo na szczęście to działało, ale te dane nijak się mają do faktycznego czasu jazdy, odliczając czas postoi na światłach, i innych postoi. To nie lada wyzwanie, jak to mądrze oszacować aby nie zaniżyć, ani niepotrzebnie nie zaważać tych wyników. W takiej sytuacji fajnie jest mieć dwa liczniki i to dwa sprawne. Ale niestety to już miesiąc mija, a Thorna jak nie miałem tak nie mam.. I to pewnie będzie czas pogodzić się z tym, że dawnego licznika już nie odzyskam, a to właśnie na tym dawnym liczniku robiłem wszystkie moje życiowe trasy, to właśnie z licznikiem Thorn, poznawałem Aurelię, na początku naszej pięknej i długiej znajomości. Życie jest okrutnie smutne i niesprawiedliwe. Nawet bez licznika, z różnymi chęciami, i doświadczeniami kolejnych dni pracy, wybrałem się dzisiaj na ten miejski wojaż, który dla żartu, ze względu na jego odległość (prawie 40 km) nazwałem: szczecińskim miejskim wojarzyskiem. Dzisiejsza trasa to także hołd dzisiejszej dacie. W dniu 09.07.2016 r. To było 3 lata temu - założyłem tego bloga! A przygoda wciąż trwa, zmienia się moje życie w tym czasie, i zapełniają się nie znane, nie odwiedzone miejsca. Coraz lepiej poznaję Szczecin i jego okolicę. Nie wiem czy powinienem się cieszyć, ale także coraz lepiej poznaję struktury życia zawodowego, i panujące tutaj ciężkie do zrozumienia i odnalezienia się obyczaje. Pierwsza praca, pierwsze popełniane w niej błędy, i nie zrozumienia.. Przy byle porażce, myślę tylko czy oby na pewno się nadaję do takiej pracy. Zresztą inaczej jest pracować dopiero od 2 msc, a inaczej jest pracować od 5 lat.. Ma się całkiem inne doświadczenie, znajomości i wiedzę. Powiem inaczej, inaczej jest prowadzić bloga od kilku miesięcy, czy tam tygodni a inaczej od kilku lat - gdy tych wpisów jest od zajebania! Wspomnę jeszcze o jednym ważnym elementem dzisiejszej trasy. Ostatecznie i nieodwołalnie rezygnuję z durnego pomysłu, który od początku był dla mnie dość kontrowersyjny - pomysł czy niejaka seria: "Trasa Pracy". Nie wykluczam, że w wyjątkowych sytuacjach coś takiego może się pojawiać, ale to jest naprawdę wyjątkowe i rzadkie zjawisko a nie częste! Dlatego będę trasy zaczynał od akademika. Ma to oczywiście pewne wady, bo zaczynam trasy znacznie dłużej, mogę o czymś zapomnieć z tego zakręcenia. Jak dzisiaj nie wziąłem zegarka, do sterowania kamerką i musiałem się cofnąć -.- Także.. Nie mniej myślę, że podjęta decyzja musiała mieć zastosowanie w rzeczywistości. Prędzej czy później. W końcu wpisy "Trasy Pracy" związane były z dużą ilością krótkich, kłopotliwych wpisów, na których na dobrą sprawę robiłem po 6 km. Co innego, jechać do pracy rowerem, i po pracy robić normalną trasę! Tylko wtedy wpisu nie nazywałbym: "Trasa pracy", bo celem co prawda był dojazd do pracy z rana, ale powrót to całkiem osobna sprawa. I bardzo możliwe, że takie rozwiązania znajdą zastosowanie w praktyce! Aby się o tym przekonać droga jest niezwykle prosta. Wystarczy śledzić wpisy.. na blogu.. Te przecież pojawiają się regularnie! Niezależnie od miesięcy, i toczącego się dalej życia, nie zwalniam z tępa i wciąż jestem rowerowo aktywny!
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1
ID wpisu: 437
Trasa nr [łączna]: 520
Trasa nr [na blogu]: 434
W tym tygodniu: 1
W tym miesiacu: 4
W tym roku: 93
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 513 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 427 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 7 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 0 km
Stan Licznika Końcowy: 0 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 12002 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 12006 km
Maksymalna prędkość: 42 km/h
Przejechałem: 38.89 km
Przejechałem [msc]: 68.57 km
Przebieg roweru [rok]: 2574.95 km
Przebieg roweru [suma]: 19722.94 km
Przejechalem w 2019: 2574.95 km
Podroż dookoła świata (2019) 6.4374 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 49.3074 [%] km
Czas jazdy: 02:43:30 h
Czas Jazdy Suma (blog): 1018:38:11 h
Czas Jazdy Suma (2019): 162:21:05 h
Czas Jazdy Suma (lipiec): 04:38:21 h
Czas Jazdy Suma (ever): 1242:04:19 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 01:09:35 h
Średni czas jazdy w tym roku: 01:44:45 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:19:52 h
Średnia: 14.32 km/h
Dzisiejszą trasę ze względu na wspominane problemy z licznikiem, który zastępuje licznik główny - ta cholerna Sigma i jej posrane mocowania -.- I dużą walkę o działanie licznika (kilkanaście minut na to zmarnowałem) stercząc pod akademikiem, zacząłem tak lekko skołowany i bez namysłu gdzie tu jechać, w ten chłodny, chmurzący z przejaśnieniami się dzionek. W życiu bym nie pomyślał, że dzisiaj tyle przygód będę miał, że tyle szlaków zwiedzę! Tą bez namysłu trasę rozpocząłem od jazdy ul. Sikorskiego do skrzyżowania z pl. Kościuszki, z niego ul. Bolesława Krzywoustego dojechałem do pierwszego skrzyżowania, gdzie skręcał pewny radiowóz ;) Nie bez przyczyny o nim wspominam. Dzisiaj się często mijałem z tym samym radiowozem, co się tutaj kręcił. Ja w tej chwili zjechałem na ul. Królowej Jadwigi, którą dojechałem do ul. gen. Józefa Sowińskiego. Tutaj do zwiedzenia zainspirowały mnie powstające zabudowania. Nowe uliczki, nowe osiedla, które zwiedziłem, zjeździłem. Przy okazji kręcąc się po pobliskich uliczkach. Ów przybytki miałyby nieść nazwę "Nowe forty". Po ich zwiedzeniu, i ciągłym mym zamysłem aby zrobić dzisiaj skromny dystans 20 km, dojechałem w okolice Pomorzan, na ul. Kuchcińskiego na Madalińskiego, którą swoją drogą dzisiaj dwukrotnie zjeżdżałem! Oczywiście to nie są Pomorzany jako dzielnica miasta, administracyjnie to jest Nowe Miasto. A dla mnie to są Nowe Tereny! Zwiedzam i odwiedzam coś nowego. Tak szczerze, to te boczne uliczki od ul. Narutowicza są dla mnie pełne tajemnic, i niepoznania.. Tyle jeszcze przede mną jeżdżenia aby kiedyś móc napisać, że przejechałem cały Szczecin, że byłem wszędzie, że byłem na każdej ulicy! Sporo jeżdżenia! Póki co jeździłem po dzielnicy Nowego Miasta, i tą część trasy miałem prawie za sobą. Prawie.. dopóki nie pokusiło mnie pojechać ul. Piekarów na Potulicką! I tu się zaczęło! Z tej strony miasta dzieją się bardzo niepokojące rzeczy. Smutny obraz współczesności, który w sumie nie jest dla mnie niczym nowym, jeśli przypomną mi się Szczecińskie Miejskie Wojaże z ubiegłego (2018 r.), np: Szczeciński miejski wojaż z 04.10.2018 r. - tutaj np. ja to nazywam wprost CHAMSTWEM - spotkałem się z prywatnymi osiedlami w dzielnicy Krzekowo. Nie akceptuję czegoś takiego, nie rozumiem. Ani nie rozumiem tej maniakalnej potrzeby budowania wielu wieżowców, jeden obok drugiego. Jak to paskudnie wygląda.. Można by rzec, że zamysł blokowisk znany z okresu PRL-u powraca. No ja tego nie pamiętam tak w sumie, bo urodziłem się z początkiem lat 90-tych, ale co nieco wiedziałem.. co nieco kojarzę jak to wyglądało w dawnych czasach. Gdy patrzę na to, co się dzieje choćby na końcu ul. Potulickiej, gdzie powstaje jedno wielkie osiedle za kolejnym jestem przerażony tymi zmianami i tym dokąd to wszystko prowadzi. To był jednak wstęp do prywatnych osiedli, które mocno się rozbudowują. Przejechałem takie miejsca właśnie przy skrzyżowaniu ulic Potulickiej, Sowińskiego, Kuchcińskiego i Dąbrowskiego. Ciągną się tu ogromne osiedla, kolejne ich elementy są w budowie. Są to prywatne osiedla z szlabanami. Na jedno bez problemu wjechałem i wyjechałem, bo szlaban nie grodzi wyjścia dla pieszych lub rowerów. Natomiast na osiedle, na które wjeżdża się od ul. Sowińskiego wjechałem, wykorzystując fakt podniesionego szlabanu, ale już nie wyjechałem. Gdy wyjeżdżałem to podszedł ochroniarz i tak rzecze do mnie, że ja sobie tu tak wjeżdżam, nie mówię nikomu po co ;) To mu mówię, że tak sobie jeżdżę, Szczecin zwiedzam. A on do mnie, że tutaj nie wolno wjeżdżać. A ja do niego: taak? A gdzie tak pisze? To już nic się nie odezwał, bramę otworzył. A ja na nowo jak już wspominałem, na nowo wjechałem na ul. Madalińskiego aby z niej przez ul. Dąbrowskiego dojechać do ul. Kolumba. Na Pomorzanach zwiedziłem tylko jedno osiedle przy ul. Klemiesiewicza. Rozciąga się z stamtąd przepiękny widok skierowany na Wyspę Pucką, i całe zielone tereny Zaleskich Łąg (Zaleskie Łęgi), przy których zresztą niebawem jechałem. Nie wiedziałem, nie czułem, ile miałem zrobionych kilometrów. Czas mijał, w końcu wyjechałem późno, było grubo po godzinie 16 nim pojechałem w dzisiejszą trasę. Rozważałem kilka możliwości powrotu np. przez Ustowo, do Gumieniec. Ostatecznie powróciłem przez Podjuchy i Zdroje ;) Długa droga mnie tutaj prowadziła. Wpierw musiałem minąć całe Pomorzany, które mijałem ul. Budzirzyńską. W sumie nie wiem dokąd zmierzałem XD Nie znam za bardzo tych stron miasta. W pewnym momencie drogi przez wspominaną ul. Budzirzyńską, mój wzrok przykuła konstrukcja, kładki, mostu, która ciągnęła się nad torowiskiem. Wpierw minąłem zaciekawiony konstrukcją te miejsce, po to aby tam wjechać! Może nie od razu, najpierw pojechałem wzdłuż torów, pod garaże, aby korzystając tam z zacisznego miejsca, skorzystać z daleko rozumianego <>, i móc kontynuować trasę, po pięknych DDR, czasem łamanych na ciągi pieszo-rowerowe. Te wojaże, poprowadziły mnie przez kładki ciągnące się nad torowiskami do ul. Ustowskiej. Wyjechałem na znane mi strony, którymi często jeździłem samochodem na Szczecin, przez Tamę Pomorzańską do ul. Kolumba. Tak dojechałem do drogi DK31 w stronę Szczecin Klucz lub właśnie Zdroje przez Podjuchy. Początkowo wybrałem drogę przez Ustowo, i we wsi Ustowo zaraz się cofnąłem. Nie poznałem tych stron, nie wiedziałem, że tutaj wyjadę w Ustwowo tam gdzie Auchan (no może nie od razu, ale się da). Posiłkowałem się tabliczką, informacyjną dla autobusów.. które jadą do Kołbaskowa. Te strony, te ścieżki na pewno odwiedzę ale to nie dzisiaj. Może w zbliżający się piątek (12.07). Może! Zobaczymy jak się te życie potoczy! A póki co, wróciłem do drogi DK31, na której dosłownie przez kilkaset metrów pocieszyłem się chujowej jakości drogą rowerową. Nie licząc kilometrów, czasu i prędkości, ale tak na odczucie gnałem > 20 km/h, jechałem przed siebie, i jechałem, i jechałem, i jechałem. Droga w tym buszu, który nadal zwany jest Szczecinem bardzo mi się dłużyła. Tutaj dosłownie przez parę kilometrów, prócz nienormalnej ilości aut, i wielu wariatów, nie ma nic.. I tak się ciągnie ta patologia pod same Podjuchy. W Podjuchach długo nie zabawiłem. Zaraz znalazłem się w Zdrojach. A ze Zdrojów to już blisko do obwodnicy Dąbia, i tej ścieżki rowerowej, biegnącej wzdłuż drogi DK10.. To był prawie finisz mojej trasy. Bardzo męczący, bo dopiero tutaj zacząłem odczuwać działania wiatru. Do tej pory na trasie ich nie odczuwałem. Jakoś jednak dojechałem! Tuż przed centrum stanąłem przed ostatnią decyzją, jak jechać. Czy przez most długi, czy przez trasę zamkową! Zdecydowałem się mimo zmęczenia pojechać przez Trasę Zamkową. Zrobiłem sobie jeszcze przed ostatecznym zaatakowaniem trasy małą przerwę przy Łące Kany. I pojechałem dalej, mijając pl. Lotników, a dalej pl. Grunwaldzki, pl. Szarych Szeregów. Wraz ze zbliżającym się końcem dnia, dojeżdżałem do al. Piastów, a z niej już znana prosta droga.. I zaraz koniec, koniec trasy! Może trasa nie byłaby tak męcząca gdybym pomyślał, i zabrał ze sobą z butelkę wody czy coś do picia. A założyłem, że skoro jest chłodniej niż jeszcze w Czerwcu, to nie potrzeba. A to nie prawda. Przez większość trasy doskwierało mi pragnienie.. Co było dodatkowo męczącym elementem.. Ale wkrótce dojechałem. Gdy wstąpiłem w progi akademika, to od razu dorwałem się do wodopoju w postaci sporego (ponad 1L ma) dzbanka z zimną herbatą.. Dzbanek był prawie pełny. A stał się momentalnie pusty, jakby nie był nawet zalany! Wniosek na przyszłość, że jednak trzeba mieć wodę ze sobą, nawet nie wielkie trasy. Albo ewentualnie jakieś drobne zaskórniaki. To w końcu różnie bywa. Wspominałem także, że trasa wiązała się z problemami technicznymi. O liczniku dość dobrze wiecie. Ale o przerzutce nie! To konsekwencja zerwania linki na trasie: ZS: Sklep Dino. Linka co prawda była wymieniona, przerzutka była ustawiana. Ale się dość szybko rozregulowała, i strasznie szarpała na małych przełożeniach (1-3, a nawet 1-4). To oczywiście przełożenia na kasecie, gdzie 1 to największa tarcza kasety, a każdy kolejny numerek to coraz mniejsza, na mojej 8rz kasecie. Było dzisiaj na tyle źle, że postanowiłem, że jutro tj. (10.07) pojadę jeszcze do serwisu z Aurelią, aby mi poprawili ustawienie przerzutki. Miałem nadzieję, że uda się tych dodatkowych, niepotrzebnych kosztów uniknąć. Ale niestety nie.. No ważne, że trasa skończyła się z powodzeniem. Do samego jej końca nie byłem świadomy ile dzisiaj kilometrów na trzaskałem! A chciałem przecież zrobić skromne 20. A to wyszło prawie 2x tyle!
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)