Dzisiejsza trasa, chodź ostatecznie była udana, jest bardzo ciężka, niesie za sobą też nowe rekordy prędkości odpowiednio 50 i 100 km ze średnią 20 km/h! Ale to jest masakra tak zapierdalać. Wielokrotnie czytałem i mnie kurwica brała z czytaniem tekstów, że jazda z prędkością 20-25 km/h to jakaś turystyczna i przyjemna. Wcale tak nie jest. A, żeby to jeszcze było bliżej tego 20 km/h, ale nie. Prędkość miejscami oscylowała w granicy 30 km/h, czasem więcej. Nie wiem czy to dobry pomysł, na takie jeżdżenie z Gryfusem. Dzisiejsza trasa to jedna z kilku, które się odbyły. To są trasy z cyklu: "Przygotuj się do IX Rajdu Dookoła Zalewu Szczecińskiego". Gdyby to była moja pierwsza taka, lub miałbym do czynienia z mniejszą trasą to spoko. Ale nie, dzisiaj trafiła mi się 100 km trasa, i co prawda zrobiłem te 100 km ze średnią 20 km/h, ale nie skończyłem całej trasy z Gryfusem, po 94 km takiej morderczej jazdy nie miałem szans ich gonić. Na początku jeszcze tak dużo nie odstawałem, o tam ze 100-200 m, za nimi jechałem, ale gdy się rozpędzili, dojebali, to po 2 km przewagi przestałem liczyć. Ja nie wiem jak to będzie na tym IX Rajdzie dookoła Zalewu Szczecińskiego. Podobno, będą od granicy z Niemcami mniejsze grupki szły takie po 10-15 osób, i grupy będą podzielone właśnie ze względu na zaawansowanie. Bo ja pierdolę jechać tak jak dzisiaj, ledwo te 90 km zrobiłem, a jeszcze 60 mam gnać?! Może byłoby inaczej gdybym miał kilka takich treningów i to poczynając od mniejszych dystansów tj. od 40 - 50 km, ale wtedy nie mogłem brać udziału w tych wydarzeniach, przez ten ciągnący się zajebany kurs z Administracji i Baz Danych. Problem z rowerem też nie był bez przyczyny, i problem z rowerem nadal pozostał. Chociaż ten kurs się skończył. Jadąc w grupie "wolniejszej", może nie będzie tak źle, nawet na dystansie 150 km, wszak dzisiaj nie wiele brakowało aby zrobić 120 km. A przez jeszcze 3 tyg, to ja jeszcze trochę pojeżdżę, jeszcze trochę się wzmocnię, będzie lepsza kondycja, i powinno być łatwiej ze zmierzeniem się z większą trasą. Ale naprawdę dzisiaj Gryfus przesadził. Nie wiem jak to było na poprzednich wyjazdach bo mnie osobiście tam nie było, ale opinie są takie, że tak samo się zachowywali, poszli, nie patrzyli za siebie.. tylko biegiem i dopierdolić. Tylko właśnie po jaką cholerę się tak spieszyć, gdzie tak gnać?! Na czele grup a jak jadą osoby z koszulkami z Ultra Maratonów 1000+ km. No na pewno, słabszy długodystansowiec ma za nimi nadążyć, na pewno. Jak dla mnie było stanowczo za szybko, za mało przerw. Zróżnicowany teren i warunki pogodowe nie ułatwiały życia. Może fakt jazdy w peletonie a właściwie za peletonem, byłem najsłabszy od początku, i jechałem na samym końcu. Nawet kilku letni dzieciak (syn jego z cyborgów, co jebnęli 1000+ w 48h), był o wiele lepszy nie tylko ode mnie, ale też od innych rowerzystów. I gdzie tu jest kurwa przyjemność z jazdy, gdzie tu jest ta cała turystyka, zwiedzanie, spokojna jazda?! Jak mantę powtarza się do każdego eventu: jazda turystyczna (20-25 km/h). A skoro tak to dlaczego miejscami gnałem 30 km/h i tak mi skurwysyny uciekali?! Znacznie przekraczana była ta granica 25 km/h. I nie jest to żadna turystyka. Nawet nie ma chwili czasu aby iść na stronę, odpocząć. Nie na tym polega turystyczna jazdy aby gnać, nie zatrzymywać się, gnać.. Dokąd się tak spieszyć i po co?! Można przecież na spokojnie sobie zajechać, nie męczyć się nie potrzebnie. Nic dziwnego, że wiele osób się na to nie decyduje.. I szczerze, kurwa zapierdolę każdego, kto odważy się przy mnie powiedzieć, że kurwa jazda z prędkościami 20-25 km/h to jest jazda turystyczna. Taka osoba nie wie jak wygląda turystyka. Dla mnie to przypomina zawody... Wszak większość z nich to są zawodowcy i może już nie potrafią jeździć normalnie, w końcu wiele z tych osób robi po 20 tyś / rocznie i więcej.. Największe rekordy to było chyba ok. 40 tyś / rok - pokonane w całym 2018 r., tak nie śmiało wspomnę, że w analogicznym czasie ja zrobiłem 6277 km ;) Co to jest nie? ;) Co to jest kurwa moje 6000 km, gdy tutaj ludzie kręcą co najmniej 20 tyś km.. To ja nawet nie mam co przy nich stawać, nawet ich latorośle w wieku kilku lat, są znacznie lepsi, i mocniejsi niż ja. Eh. To takie demotywujące, tyle jeżdżę, tyle trenuję. A nawet w części nie jestem tak dobry, tak mocny jak "niby" powinienem być mając staż kilku lat. No w każdej grupie są jednostki w chuj mocne, i jednostki w chuj słabe. Ja niestety jestem w tej drugiej skrajnie chujowej skali ;) Co nie zmienia faktu, że jakoś przejechałem. I co dziwne, i co mnie w sumie zastanawia, po trasie jestem mniej zmęczony niż miało to miejsce po spokojniejszej i krótszej jeździe: Na szlakach S6 - Kołobrzeg. Ciekawe z czego to wynika. Być może z jazdy w peletonie. Właściwie tak można nazwać połowę trasy, gdy jeszcze miałem siłę za nimi jechać. Ale drugą połowę, w drodze powrotnej - ciężko nazwać jazdą w peletonie. Grupy i siły się mocno rozbiły. Na początku peletonu wystartowały gwiazdy Gryfusa, co już całkiem się nie przejmowały nikim. Ja gnałem tak spokojniej ok. 20-22 km/h za dziadkiem, i skoro my jechaliśmy ok. 20-22 km/h a te skurwysyny się oddalali i w końcu po 2 km, może trochę dalej, straciliśmy ich z oczu.. musieli jechać na spokojnie ponad 30 km/h.. Na początku ten dziadek, do którego się przyczepiłem w powrotnej drodze też nieźle radził, potem opadł z sił, to miałem szansę jechać na równi z nim. Jeszcze raz powtórzę na koniec, gdyby nie ten cholerny kurs z Administracji i Baz Danych, to bym kilka razy był na tym treningu, znacznie za szybkim dla mnie. Taka znacznie za szybka jazda w granicy tak do 50 km, jeszcze w miarę mogłaby być. Tyle bym dał radę jechać z tym 20+. I pewnie po kilku tygodniach walenia 20+ km/h trasy 50 km, mógłbym przerzucić się na np. 70-80 km. Ale nie tak od razu, gnać z taką prędkością, znaczną trasę jaką jest dystans 150 km. To nie jest mało.. To jest naprawdę dużo.. I dla mnie to jest duże wyzwanie (może nie same 150 km), ale zrobienie takiego dystansu tak wcześnie.. o tak wczesnej porze roku. I mieć przy tym cień szansy na pokonanie dystansu koło 110 km drugiego dnia.. To jest naprawdę ogromne wyzwanie. Tym bardziej nie chciałbym się za bardzo zarzynać tego pierwszego dnia.. Aby mieć siły na jutro. I naprawdę nie widzę sensu zapierdalać po to aby szybko dojechać do Świnoujścia gdzie będziemy spali na tym IX Rajdzie Dookoła Zalewu Szczecińskiego. Dojedziemy tutaj za szybko zresztą i co?! I co robić do końca dnia?! A tak można na spokojnie przyjechać o 18-19, wyjeżdżając o tej 6 rano. Czy nawet wcześniej.. Bo tak sobie myślę.., że ja przecież 150 km zrobiłem i to w ciężkim terenie wyjeżdżając ok. 8 rano: Ciągnikowe drogi. A z powrotem w domu byłem ok. godziny 20. Więc śmiało liczyć 12 h, od 6 rano, to się da ok. 18 dojechać. Ale. Teraz jestem silniejszy, w peletonie powiedzmy, że dobijemy do 17-18 km/h. I dojechałoby się po 16, bliżej godziny 17. I co by się stało?! To już będzie prawie Maj za 3 tyg. Długie dni, ciepło, długie dni! A nikt nie będzie zarżnięty w taki sposób, że na drugi dzień nie będzie wstanie gdzieś dalej jechać -.- No kurwa ja nie rozumiem tych chorych ambicji. Zapierdalać po to aby szybciej przyjechać i się alkoholizować do kurwy nędzy?! Do czego tak zapierdalać?! W jeździe, i w dniach spędzanych na rowerze, jest fajnie i przyjemnie a nie kurwa.
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1 * Poprawka licznika z powodu bugów 2018 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
ID wpisu: 386
Trasa nr [łączna]: 469
Trasa nr [na blogu]: 383
W tym tygodniu: 5
W tym miesiacu: 5
W tym roku: 42
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 464 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 378 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 5 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 11105.2 km
Stan Licznika Końcowy: 11222.17 km
Stan Licznika Końcowy2*: 11131.14 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 10839 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 10952 km
Maksymalna prędkość: 37.2 km/h
Przejechałem: 116.97 km
Przejechałem [msc]: 250.28 km
Przebieg roweru [rok]: 1392.06 km
Przebieg roweru [suma]: 18540.05 km
Przejechalem w 2019: 1392.06 km
Podroż dookoła świata (2019) 3.4801 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 46.3501 [%] km
Czas jazdy: 06:16:20 h
Czas Jazdy Suma (blog): 942:44:50 h
Czas Jazdy Suma (2019): 86:27:44 h
Czas Jazdy Suma (kwiecień): 14:57:28 h
Czas Jazdy Suma (ever): 1166:10:58 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 02:59:30 h
Średni czas jazdy w tym roku: 02:03:31 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:26:32 h
Średnia: 18.67 km/h
Trasa z dnia dzisiejszego, rozpoczęła się dla mnie chwilę po godzinie 11. Rozpoczęła się od poprawy kamerki, co robiłem kilka razy jadąc od akademika na ul. Sikorskiego i z ul. Sikorskiego na ul. Boh. Warszawy. Jeszcze przed Turzynem, kilka razy się zatrzymywałem aby poprawić ustawienie kamerki. I wygląda na to, że w końcu! W końcu udało mi się poprawić ustawienie kamerki, że już jest znowu OK. No przynajmniej na kilka msc (mam nadzieję) spokoju. Oczywiście całkowitej pewności nie mam, ani nie miałem jej na trasie. Całkowitą pewność uzyskam, jak na obecnym ustawieniu wrócę ze Szczecina do domu, i jak będzie OK tzn., że jest OK, dokręcę statyw, aby się nie przekręcił. I tak będę jeździł :) Także, ustawienia dokonałem jeszcze przed Turzynem. I pognałem. Rozważałem dwie drogi, albo pojadę przez Krzekowo, koło Netto Areny na Głębokie, albo normalnie pojadę do rozkopanej ul. Wojska Polskiego. Postawiłem jednak na rozwiązanie na Wojska Polskiego. Więc pognałem wzdłuż ul. Bohaterów Warszawy do ul. Wawrzyniaka, którą skręciłem na ul. Wojska Polskiego. Pseudo droga rowerowa, taki sam problem jak w przejeździe z lewobrzeża na centrum -.- Masakra jakaś. DDR splecione z chodnikiem, poniszczone, gówniane, lampy w DDR. No ja pierdolę. I jeszcze remonty drogi, zwężenia. Męczyłem się tak prawie pod same Głębokie. No prawie, bo za Kasynem, gdzie jest jeden pas drogi, już jest nieco lepiej. Nie spieszyłem się jednak nigdzie, i spokojnie dojechałem do Głębokiego, przy kąpielisku, gdzie mieliśmy miejsce zbiórki na dzisiejszy wyjazd. Dojeżdżając na te miejsce, będąc tu koło godziny 1040 - miałem zrobione 7,28 km w czasie 00:32:40 h. Jest to jak łatwo policzyć średnia 13,3 km/h. W czym ma to jednak przeszkadzać? ;) Niech sobie będzie średnia jaka ma być. Na to nie patrzę. Nie miałem zamiaru się spieszyć i zapierdalać do tego miejsca, aby z tego miejsca zapierdalać dalej. Postałem tu dłuższy czas, jeszcze zbierali się ludzie, z każdą chwilą coraz więcej osób dojeżdżało. Ostatecznie jednak nie pojechaliśmy jakąś zabójczo dużą grupą, o może z 30, może 30 - kilka osób. Nie liczyłem. Ale nie wydaje się, że było nas strasznie dużo. Ruszyliśmy przez ścieżkę rowerową, ja bym czegoś takiego ścieżką rowerową nie nazywał, dość chujowe rozwiązanie jak na natężenie, ścieżka idąca z Głębokiego przez Pilchowo do Tanowa. Gdzie mieliśmy pierwszy postój. Tu jeszcze jechali jak Ci mogę, chodź już zaczęli po tym pseudo DDR szarżować. Pseudo DDR, kostka ustawiona wzdłuż a nie w poprzek. A wzdłuż to najgorzej.. Nie da się jechać, ściąga mnie z tego, i w tyle zostawałem, bo nie miałem jak jechać. Jadąc na tej pierdolonej kostce, tak ustawionej, mam wrażenie, że się zaraz wyjebię. I kilka razy mnie pociągnęło na czymś takim, to teraz ciężko mi po tym jechać szybko. Do tego DDR mocno użytkowane, nie tylko przez rowerzystów (a jak). Zrobili by tu normalną i przede wszystkim szerszą drogę DDR. Najlepiej pod samą granicę z Niemcami, albo jeszcze dalej. Bo jadąc dalej z Tarnowa do Dobieszyna i granicy z Niemcami, to był cyrk. Najgorzej jak się pseudo kierowcy z Polski znajdą, pchają się kurwa, korowodu nie potrafią wyprzedzić, trąbią.. o kurwa, co się stało, że panisko w zlepianym złomie, co go niemiec wyrzucił, musi wyhamować XDD Polskie ścierwo. Pcha się, trąbi.. Masakra. Jak tak jechać, tylko patrzeć jak któregoś dnia się coś nie uda, i będzie wielkie bum. No dobra, byliśmy w tym Tarnowie z którego ruszyliśmy dalej przez Dobieszyn do granicy z Niemcami. I właśnie. Właśnie już się zaczęli rozpędzać i szaleć. Z pewnością nie jechali 20-25 km/h. Gnając za nimi miejscami przekraczałem 30 km/h.. Tak dopierdalali. Już przed granicą z Niemcami zaczęły się grupy rozłączać. Pod granicą z Niemcami mieliśmy chwilę dłuższego postoju. Nie licząc przerwy w samym Ueckermünde (jakieś 40 min), to nie mieliśmy już takich długich postojów jak na samej granicy. Z granicy pojechaliśmy do miejscowości Hintersee po drodze o oznaczeniu L28. W miejscowości Hintersee odbiliśmy w las. Równolegle do lasu, biegła droga o oznaczeniu K79. A tu leśne ścieżki, gruntowe, kamienie, syf, piach. Miejscami było ciężko przejechać i gnać. A co oni kurwa robią?! Dopierdalają dalej.. A jak. I tak jechaliśmy kilkanaście kilometrów, w zmiennych ciężkich terenowych warunkach. Nie wiem jak co nie którzy na tych kolarzówkach dają radę. Ledwo wjechaliśmy do lasu, to jedna osoba odpadła, przebiła oponę w swojej kolarzówce. Wcześniej jeszcze przed granicą z Niemcami, inne osoby się odłączyły, ktoś z ich kolegów miał awarię. Później już ich nie widziałem. Nie dojechali.. No ale mimo wszystko, zakurwianie i to bez żadnej przerwy po tym lesie, różnej tej drodze w lesie.. nie było zbyt normalne i dobre.. W chuj męczące, i anormalne wprost powiem: anormalne. Dokurwiać po takich drogach, to się aż prosi aby coś się stało, zwierzyna wyleciała, przewrócić się na czymś. Co prawda miejscami w tym lesie była betonowa ścieżka. Ale jest pewne ale. Miała ona wiele zakrętów i "spowalniacze". Leśne, wiejskie i takie różne drogi, trwały wiele kilometrów aż do miejscowości Warsin, gdzie wyjechaliśmy na drodze L31. Tą drogą przejechaliśmy przez Bellin, pod dzielnicę chyba - a chuj wie, co to jest. Na mapie pisze, że to jest jakieś Ueckermünde Ost. Tam jest plaża, i Niemiecka część Zalewu Szczecińskiego "Oderhaff". I taką drogą, nie najkrótszą, gdzie mocno goniłem aby się nie zgubić tutaj za grupą, dojechaliśmy do samego Ueckermünde, trochę po Ueckermünde, aż po jego wizytówkę, czyli dużą, słynną Ławeczkę, z którą wielu rowerzystów i turystów ma zdjęcie :) Tu po zrobieniu 53 km, miałem największą średnią. Dokładnie zrobione miałem od wyjazdu z pod Głębokiego, gdzie specjalnie zresetowałem licznik: 52,86 km. W czasie 2:32:49 h, co daje średnią 20,7 km/h. Na myśl nie może mi przyjść nic innego jak moje najszybsze trasy 50-tki. Nie będę wszystkich stawiał, stawię jedną, którą darzę dużą sympatią, i w której opisywałem i powoływałem się na wiele podobnych tras: Trasa "50-tka" - trzech tytułów. Zdarzało mi się tak jeździć. Ale bez przesady. I nie często i właśnie małe dystanse. W tym roku (2019 r.), zachciało mi się pojechać szybko i pojechałem. Na trasie: Prędkość wiosny. Było to jednak ciężkie, i głupie. Po co tak gnać. Po co tak zapierdalać. Nie podoba mi się to, i dobrze się nie czuję tak szybko jeździć. No dobrze, byliśmy w tym Ueckermünde, to był cel podróży. Dłuższa przerwa. I wkrótce trzeba było wracać. Wracaliśmy już jednak drogą, a nie lasami.. :) Na szczęście. Terenowe jazdy może i są fajne, ale znacznie bardziej męczące niż szosowe drogi. W powrotnej drodze dość często trzeba było walczyć z silnym wiatrem. Na początku nie było tak źle. Jeszcze dawałem radę, chociaż jak w pierwszą stronę odstawałem od grupy, która zaczęła coraz bardziej uciekać. Dopierdolili tak, że kurwa nie było szans ich gonić. Aha jeśli chodzi o powrót to wracaliśmy drogą L28. Prosto cały czas drogą L28. Prowadzi ona prosto do granicy, po naszej stronie jest to DW115. Po drodze mijaliśmy różne wioski, mniejsze, większe miejscowości, np. taką ładną wioskę Hoppenwalde czy Eggesin. Było ciężko już tutaj gnać za skurwysynami. Jechaliśmy tak do samego Alhbeck bez żadnej przerwy. Nie wiem czy to już w Alhbeck czy dalej, ale chyba tu, miałem nabite już 81,27 km w czasie 3:55:13, co dalej daje średnią 20,7 km/h. Średnia, jeśli chodzi o dystans jest nawet większa jak na tej trasie: Trasa Karlino-Koszalin-Białogard. To były jeszcze odległości, gdzie dawałem radę. Chodź przeszkadzało mi to, że nie ma przerw. Po wyjeździe z Ueckermünde, zrobione tyle kilometrów i nie stawaliśmy ani razu. Ja bym już z 2x stawał, może częściej. W końcu jadę turystycznie, spokojnie.. Eh. Już za Alhbeck, zresztą do tego Alhbeck zdążyliśmy się rozdzielić, ale już za nim to już całkiem. Jechałem za dziadkiem :) Grupa zniknęła gdzieś 2 km, może więcej.. I nie raczyli nawet poczekać. A my jeszcze jedziemy, jedziemy, jedziemy. Ciągnęły, się wioski, lasy.. Często pod wiatr, w bajecznej krainie, wzdłuż drogi L28. Eh. I tak pod granicę Polską. I to chyba właśnie pod granicą mieliśmy 81,27 km zrobione. Za granicą Niemiecką, a już Polską, już o wiele słabiej było. Podzieliśmy się na mniejsze grupy ale to i tak gówno dało. Dwie grupy poszły, trzecia się też rozjechała. I jechałem tylko za dziadkiem, byle do Tanowa, gdzie miałem zrobione 94,87 km. I tu było już bardzo chamsko. Dojechałem ja, dziadek. Taki jeden rowerzysta odbił wcześniej na Dobrą. To zostałem, ja dziadek. Nim dojechaliśmy do Tanowa, to chwila czasu minęła. Grupa tam została. Jesteśmy no to przewodnik wycieczki mówi: koniec przerwy - jedziemy. No kurwa.. My dopiero dojechaliśmy i już dalej jechać?! W zasadzie już się pożegnaliśmy tutaj, wiele osób się porozdzielało właśnie w Tanowie. I ja właśnie już w Tanowie nie widziałem sensu i celu gonić za nimi dalej.. Mając zrobione jak wspominałem 94,87 km w czasie 4:36:25 h, co daje średnią 20,5 km/h. Stąd z Tanowa do Głębokiego dojechałem sam. Po drodze jeszcze 2x przystanąłem już wolniej, spokojniej dojechałem. Na miejscu zbiórki w Głębokim, gdy w końcu po tej pseudo ścieżce rowerowej, (i jeszcze pod górkę) i jeszcze pod wiatr, dojechałem miałem dokładnie zrobione: 102,61 km. Średnia trochę spała, spadła do 20,1 km/h, czas jazdy wyniósł 5:05:37 h. Już nie kasowałem tych kilometrów. Tak pojechałem dalej przez al. Wojska Polskiego, do skrzyżowania z ul. Wawrzyniaka, tą samą, którą przyjechałem... Ciężko. Wolno, ciężko, spokojnie sobie jechałem byle jakoś te nie całe 8 km dojechać. Co prawda rozważałem, czy: NIE JEBAĆ TEGO. I po prostu nie wsiąść sobie w tramwaj i tyle. Ale niee. Dojechałem, chodź zmęczony byłem. Wkrótce znalazłem się na ul. Bohaterów Warszawy, ostatnie kilometry, do pokonania mniej niż 3 km. Ale bez przerwy i tak się nie odbyło. Dojechałem do Turzynu i z niego dojechałem do akademika, ul. Bohaterów Warszawy. Było już po godzinie. Słonko powoli zachodziło. A ja już byłem zmęczony, nie chciało mi się chodzić do rowerowni, z rowerowni z kluczem. A zresztą obiecałem sobie wczoraj, że dzisiaj Aurelię zabiorę do pokoju. I tak uczyniłem, zabrałem rower ze sobą :) A co! Jak się dosrają to powiem, że się kurna zapomniałem XDD Z przyzwyczajenia. Chodź prawda jest taka, że nie chcę trzymać roweru w rowerowni, gdzie jej nie ufam, poziom zabezpieczenia jest niski. I po prostu dzisiaj byłem zmęczony i tyle. Zabrałem więc Aurelię do pokoju.. i razem wróciliśmy po tej pełnej przygód trasie.. Czy za tydzień będzie powtórka na dystansie ok. 110 km, czy od razu pójdę na dystans 120 km za 2 tyg? :) Nie wiem.. Zobaczymy jak to się ułoży. Chodź przydałoby się potrenować w tej morderczej jeździe.. Aby być lepiej gotowym na 150 km za 3 tyg. Chodź mam nadzieję, że serio są podziały na grupy, które tak nie dopierdalają.. I tylko wtedy mam jakąś, chodź i tak niską szansę na ukończenie IX Rajdu Dookoła Zalewu Szczecińskiego. Możliwe, że jako finał tras w 2019 r., gdzieś już na początek Września, może koniec Sierpnia, - zrobię samodzielnie całą trasę Zalewu Szczecińskiego, w różnych wariantach 250-260 km. Ale to tylko możliwość, i na pewno nie będę tak dopierdalał.. No nie mniej dzisiejsza trasa, ciężka, żenująca postawa Gryfusa. Ale dojechałem. To chyba najważniejsze, dojechałem. I wcale się tak tragicznie źle nie czuję :)
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)