Trasa z dnia dzisiejszego była kolejną - fajną i długą przygodą - głównie po lasach, którą odbyłem w tym roku. Ta jednak wyjątkowa w odróżnieniu od poprzednich: "Szumnymi lasami" i Leśnymi przygodami - "Powalice". Bo nie samotna :) Z koleżanką (JS ❤). Tak zawsze fajniej odkrywać poniekąd nowe, a poniekąd znane drogi. Dzisiejsza wyprawa to taka hybryda. W sumie w ostatniej chwili się na coś konkretnego dzisiaj zdecydowałem. Bo nie było planów na trasę. A pogoda fajna. W miarę ciepło, słonecznie. To czemu nie skorzystać? W ostatnich dniach i szczególnie w tym rowerowym roku, dość często lądujemy z koleżanką czy ja sam dojeżdżam pod te okolice jeziora Popiel. I tych stron. Zamysł miałem taki aby pojechać do Powalic, zrobić tam rundę i objazd wsi, wracając pewną polną droga, którą do tej pory nie ruszyliśmy. Tą drogą wjechalibyśmy w drogę PŻ14. Tu są zabudowania, konkretnie dwa gospodarstwa - my zawsze mijamy jedno. A gdy byliśmy tu ostatnio (#1194 -> "Powalice" & "Mgielne Ognisko") - rozchodziły się stąd niepokojące dźwięki. Prawdopodobnie chodzi o gospodarstwo 52 (53.89097, 15.57368). Miałem chęć to sprawdzić. Widziałem, że JS na tym zależy. Z drugiej strony pojawia się tendencja do zniechęcenia i po prostu znudzenia do jeżdżenia tymi samymi drogami w tych samych miejscach. Tu na szczęście wpadłem na taki pomysł, że może pojedziemy do Dąbia, z Dąbia tu przyjedziemy (parę kilometrów wpadnie), zrobimy tą rundę przy Powalicach i wróci się np. na Dobrzycę aby nie wracać tą samą drogą. Cały plan dzisiejszej trasy zakładał pokonanie czegoś w granicach 50 km. Gdyby nie to, że kawałkiem źle pojechaliśmy (za daleko) - droga PŻ 26 pod Berkanowo... To całość pewnie byłaby w tych granicach 55-56 km. A niekoniecznie w granicach 64 km. Co już jest ładnym wynikiem! I trochę niebezpiecznym. Teraz przez kilka dni ma panować zima - nie wiadomo co z przyszłym weeendem... A to wszystko się tak psuje, bo jesteśmy wokół tematu 50k km z Aurelią. Wyjątkowy dzień. W końcu nie często przejeżdża się rowerem 50k km. Mi to zajęło ponad 8 lat. We wrześniu byłoby 9 lat. Kto mógł wiedzieć te 50k km temu, że te życie się tak potoczy jak potoczy. I, że ten wyjątkowy czas wypadnie w marcu, który nie wypada zbyt wiosennie. Przynajmniej na razie - straszy się zimą... Zima w marcu (TwojaPogoda.pl). A to nie są zbyt korzystne prognozy. Natomiast nie ma co się z góry nastawiać, że będzie tak czy owak. Jak będzie tak będzie nie ma się wielkiego na to wpływu. Trzeba pojechać i tak. Wstępnie szykowałem się na to, że to dzisiaj pojadę na te 50k Aurelii. Tylko, że bez dzisiejszej trasy do tego wydarzenia zabrakło mi 160 km... Po dzisiejszej trasie jest tylko okolica 100 km. To już korzystniej... Więc albo wypadnie to w tygodniu najbliższych dniach albo w przyszły weekend (11-12.03). Gdyby weekend z jakiegoś powodu to nie będę miał wyjścia jak nie jechać w tygodniu. Nie przedłużę tego na kolejny weekend (18-19.03)... Za mało kilometrów a za dużo dni. To ważny czas więc chciałoby się zrobić coś wyjątkowego. Wybór padł na jazdę do Kościerzyny. Pierwszy raz w tych stronach, całkowicie nowe strony i wyjątkowe przygody. Bo co miałbym innego zrobić na moje 50k km z Aurelią pojechać do Makowic, Trasę 50-tkę, 20-tkę czy na Makowice?... To przecież codzienność. Przez te 50k km wielokrotnie jeździłem po tych drogach. Chcę jakieś zmiany. Dzisiejsza trasa przybliża mnie do tego rekordu, i kilka razy na niej wspominałem te wydarzenie. No tak - kolejna trasa i kolejna przygoda, pod wspomnianym Berkanowie. Rozpoznałem te strony - w końcu tu jeździłem! W 2020 r. na trasie: Lekowo i Lekowo 2. Wtedy trochę pobłądziłem i dzisiaj też. Ostatecznie jednak drogę znalazłem. Ostatecznie z fajnych planów na dzisiejszą trasę wycięło się jeden element - nie jechaliśmy już objazdu w Powalicach. Robiła się już późna pora, zaczynało się robić trochę chłodno. A do samochodu był kawał drogi. Więc zostawiliśmy sobie ten objazd na kolejną okazję. A skupiliśmy się na powrocie. W sumie i tak wyszła bardzo fajna trasa, nowa przygoda. Nowe odkrycia. Sporadycznie jakieś nowe drogi się odkryło, których wcześniej nie znałem. A tych do odkrycia i tak pozostaje sporo. No dobra był przy zachodzie słońca ten mały problem. I nie potrzebne kręcenie się przy PŻ26, potem już za PŻ26, po czyimś polu, które kończyło się na rzece Mołstowa. No dobra - tylko opierałem się się na wspomnieniach z września i października 2020 r. W tym czasie zrobiłem przecież tysiące kilometrów, przejechałem setki tras. Nie jestem wstanie wszystkiego dobrze pamiętać. A pożytku z telefonu nie mam żadnego. Przecież nie pokazuje mi dokładnie z GPS moje pozycji na mapie, to po chuj mi taka pomoc. Nic tam nie zobaczę. Do tego internet w telefonie nie wszędzie działa. To żadna pomoc. Co prawda jadąc tą cholerną drogą PŻ26 tak myślałem, że tu trzeba skręcić. A jednak nie skręciliśmy z JS i pocisnęliśmy dalej prosto. Jakbyśmy skręcili to zaoszczędzilibyśmy i czasu i pokonanych niepotrzebnych kilometrów. No jednak - takie wydarzenia wzmacniają charakter, i są nieodłączną częścią przygód. Nasze lasy bywają zdradzieckie, są chujowo zarządzane przez bandę skurwysynów, złodziei i morderców którzy widzą w tym tylko pieniądze. Wszystko dookoła jest rozjebane i zniszczone. Drogi nie są poprawnie opisane. Brakuje tabliczek z informacją gdzie skręcić aby gdzieś dojechać. Takie informacje byłyby pomocne przy takich wycieczkach rowerowych czy pieszych. Minimalizowałyby ryzyko zbłądzenia. A te przy nocy to już tak nie fajnie się robi. Choć jakby sięgnąć pamięcią to właśnie po nocach najczęściej coś takiego się odwalało. I miało dzięki temu fajne przygody :) Jest co wspominać, jest o czym opowiadać. Aż sam sobie z miłą chęcią przypomnę niektóre z takich moich przygód: Szlakami nowych przygód.. z 2021 r. czy Elektryczne pastwiska. Z perspektywy minionych tras, takie błądzenie nie jest niczym złym. Z perspektywy jechania w tej chwili i nie do końca zdawanie sobie sprawy z tego gdzie dokładnie się znajdujemy i jak dalej jechać... No to już nie jest takie wesołe... Tylko aby unikać takich sytuacji trzeba by było unikać jeżdżenia gdzieś dalej w nowe i nie znane. Do upadłego, do obrzydzenia robić ciągle te same "bezpieczne" trasy. Gdzie tu przygoda? Gdzie w tym jakiś sens życia?...
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1 * Poprawka licznika z powodu bugów 2022 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
ID wpisu: 1195
Trasa nr [łączna]: 1274
Trasa nr [na blogu]: 1188
W tym tygodniu: 4
W tym miesiacu: 3
W tym roku: 28
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1262 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1176 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 12 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 13138.6 km
Stan Licznika Końcowy: 13202.46 km
Stan Licznika Końcowy2*: 13127.46 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 25610 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 25674 km
Maksymalna prędkość: 29.2 km/h
Przejechałem: 63.86 km
Przejechałem [msc]: 152.37 km
Przebieg roweru [rok]: 847.55 km
Przebieg roweru [suma]: 49901.8 km
Przejechalem w 2023: 847.55 km
Podroż dookoła świata (2023) 2.1189 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 124.7545 [%] km
Czas jazdy: 05:21:20 h
Czas Jazdy Suma (blog): 2946:04:50 h
Czas Jazdy Suma (2023): 61:23:02 h
Czas Jazdy Suma (marzec): 11:19:45 h
Czas Jazdy Suma (ever): 3169:30:58 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 03:46:35 h
Średni czas jazdy w tym roku: 02:11:32 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:27:55 h
Średnia: 11.94 km/h
Dzisiejsza pełna przygód wyprawa zaczyna się z opóźnieniami, z nerwami. I nie potrzebnym jeżdżeniem, które tylko zabiera cenny czas. A przecież i tak wyjeżdżamy później niż powinniśmy. Ostatecznie w trasę ruszamy koło godziny 13. Gdzie dzień kończy się o 17. To trochę takie "ryzykowne" i już samo to musiało oznaczać, że coś się musi odwalić. Bo po prostu na trasie za dobrze szło. A zaczynam dzień normalnie jak w weekend. Zawsze są jakieś "wąty". Jeszcze wymyślanie z pierdolonymi zakupami. Bo oczywiście kurwa sobota to na zakupy. Da się to załatwić w godzinę ale nie. Po co nie? Lepiej kurwa chodzić bezcelowo po wszystkich sklepach... No kurwa ludziom naprawdę odwala na każdym kroku. To tylko nie potrzebna strata czasu. Wiesz co potrzebujesz. Wchodzisz, wychodzisz i wracasz. A nie takie niepotrzebne jeżdżenie po sklepach, i łażenie tam. To tylko obsunęło dzisiejszy wyjazd. Więc byłem z rana w Gryficach, po Gryficach na zakupach i po Płotach -.- Dobra wracam do domu przebieram się, potrójna kanapka w rękę i jadę po JS. Nim spakujemy rowerowy to jeszcze chwila. I jedziemy tą rozjebaną drogą, na której nic się nie dzieje do Modlimowa. Po drodze nachodzi mnie myśl: kurwa nie wziąłem rękawiczek. Sprawdzam wszystko. I nie, nie mam. A jak z gołymi rękoma na tych temp?... No nie bardzo... No kurwa i zamiast prosto z Modlimowa do Dąbia jechać to zajeżdżam do domu. Biorę jeszcze zapasowe rękawice, i wracamy do Dąbia. I to strata kolejnych 20-30 min. To wszystko się gdzieś tak odkłada. I ostatecznie trasę kończymy po godzinie 19. Ostatecznie w domu jestem chwilę po godzinie 21. Wtedy już padnięty. Te jeżdżenie samochodem też mnie dobija - nawet bardziej niż rowerem. No i trzeba było dwukrotnie spakować i rozpakować rowery. Na koniec się okazuje, że wycieczka po rękawice do Płotów była nie potrzebna. Bo ja ich nie spakowałem jak zwykle do kieszeni w kurtce. A wraz ze wszystkimi śmieciami, dodatkową bluzą itd. do reklamówki. I tam sobie leżało od czwartku ("Powalice" & "Mgielne Ognisko"). Po trasie... Nie wziąłem tego do domu. Zostało w aucie. Nie sprawdziłem a ja się niepotrzebnie wkurwiam, że już mi w domu przekładali rzeczy, po chowali i jadę jak taka ofiara... Nieprzygotowany do trasy. Gdybyśmy już o godzinie 10 czy tam 11 jechali z lasu w Dąbiu to by było inaczej. Gdzieś 17 byśmy byli w samochodzie, wracamy. I zawsze inaczej. Gdyby nie pomyłka na trasie też byłoby inaczej. Te nie powodzenia z rana i trudności organizacyjne tylko wzmacniały to co się działo w lasach. Te kolejne wycinki, wszystko zrujnowane włącznie z drogami. Tak kląłem, i tak wyzywałem te kurwy po drodze. Wszędzie gdzie miałem trudność przejechać. A już szczytem bezczelności są momenty w których debile pierdolone na rozjebane przez siebie drogi sypały sypki piach... Jakbym ten piach pozbierał, i bym im w gardło wsadził.... No kurwa jak tak można! Rozjebać i na odpierdol udawać, że coś się robi?! Pisałem już kiedyś takie wnioski, że te śmieci powinni przyczepić sobie te drewno na szyję i ciągnąć. A nie samochody, ciągniki. I jeszcze co?! ... Pierdoleni mordercy. Im więcej dziś przejechaliśmy tym te złe emocje się wyciszały. Gdy minęło się cholerne Dąbie, wyjechało na drogę Wicimice - Stara Dobrzyca było już ciut lepiej. Tam odbiliśmy na Stolążek i ostatecznie w drogę PŻ4, którą wcześniej nie jechaliśmy. Nie była nam znana - za to była prawie nie naruszona przez ludzkie ścierwo. Było tam pięknie i spokojnie. Przejeżdżaliśmy tym samym w okolicach i drogach, które już znamy pod jeziorem Popiel! A jakoś się ani ja ani JS nie skapnęła. Więc w ostateczności wyjechaliśmy przy głównym wjeździe do jeziora Popiel. I stąd zajechaliśmy na chwilę na to jezioro. A potem do Powalic. Jeszcze chwilę trudów, nowe przygody przy drodze PŻ16. A tak zjechaliśmy w jedną drogę przy rzece Czernica aby zobaczyć gdzie ona prowadzi. Nie ma jej na mapie. Wyjeżdżona do granic możliwości przez ciężki leśny sprzęt... Pewnie prowadzi do kolejnych nielegalnych wycinek. No cóż, nie było sensu się tam pchać. Więc zawróciliśmy pojechaliśmy normalnie na Powalice, pojechaliśmy tak bokiem, na przepiękny most, przecinający rzekę Czernicę. Dziś wyglądało to jeszcze piękniej niż w czwartkowe po południe na trasie: #1194. No dobra... Fajnie jest ale trzeba wracać! Mimo zniechęcających słów miejscowej ekspedientki ze sklepu w Powalicach, pojechaliśmy na Międzyrzecze. Tam polną drogą dojechaliśmy pod Głuszkowo. A może właściwie osadę? Międzyrzeczko? Na początku tego miejsca nie poznałem. Poznałem dopiero drogę z płyt jumbo, drogę PŻ (to było albo PŻ14 albo PŻ5) ale nie chcę zgadywać - która dokładnie PŻ prowadziła na Berkanowo). Na pewno PŻ14 przyjechaliśmy - z Międzyrzecza i prosto na leśniczówkę. Tylko jakie oznakowanie ma droga w lewo przy leśniczówce, która skręcała w prawo - pod górkę i prowadziła na wielokrotnie podawaną miejscowość Berkanowo? Tu nie jestem pewny czy to była PŻ14 czy PŻ5. nie mniej drogę którą jechaliśmy poznałem po pewnej jej odnóży. We wrześniu 2020 r. tam zjeżdżałem :) Już późnym po południem. Blisko zachodu słońca... Zjeżdżałem tam, że tak powiem na ... :) Wtedy już wiedziałem, że jadę dobrze. W końcu byłem tu. Musiałem dobrze jechać. Dopiero przy PŻ 26 popełniło się nie groźny w innych okolicznościach błąd. Pojechaliśmy dalej drogą którą nigdzie się nie dojedzie. Więc musieliśmy się wrócić... I trafiliśmy. W nie oznakowaną drogę, która na końcu skrywała mały most, który pozwala na przeprawę rowerem czy pieszo. I tak dojechaliśmy już po nocy do Starej Dobrzycy. Ta końcówka drogi do Dobrzycy była bardzo trudna, rozjeżdżona przez te kurwy (leśników -.-). Gdy już jednak się stąd wyjechało i znaleźliśmy się w Dobrzycy było już lepiej ale też wyraźnie chłodniej. Już teraz temp. oscylowała w okolicy 0 / -1℃. Wkrótce spadła bardziej choć jeszcze się tego nie czuło. Przed nami było jeszcze kilka km. Wracaliśmy przez Iglice. I ta pełna przygód trasa dobiegała już końca... Z jednej strony sam już byłem trochę zmęczony - bardziej jednak pogodą (zimno) niż kilometrami... Z drugiej już późno się robiło. Przecież 19 była jak byliśmy w Iglicach. A jeszcze powrót z Iglic - zajął dokładnie 32 min. Więc było już godziny 20 jak dojechaliśmy. W tym wszystkim pojawia się jeszcze wątek towarzystwa i nieuchronnego rozstania :( Chciałoby się jednak zostać dłużej... A tak się niestety nie da :( I tak kolejna trasa, i fajna przygoda dobiegła końca. To jednak nie musi oznaczać końca czytania! W Dąbiowskich lasach, w Iglicach itd. w tym roku na dość często bywałem: Niepotrzebna trasa, Potrzebna trasa czy Lasy i nocne straże. Mocno się w tym roku utożsamiłem z tymi miejscami. I mimo zniechęcenia nudą, i pozorną powtarzalnością tych miejsc... I tak chętnie tu wracam. Tylko czy tak dalej będzie? Trudno powiedzieć. Na razie fajnie się spędziło dzisiejszy dzień i trasę.
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)