Dzisiejszy wyjazd, wielka logistyka tej wyprawy i angażowanie w nią kolejnych osób, a przy tym przemyślenie w tygodniu szczegółów odnośnie całego weekendu - w końcu się zakończyło. A wraz z tym wydarzeniem - zaczynamy dzisiejszą trasę o której myślałem jak wspominam już tydzień temu, gdy po dłuższej nie obecności (od trasy: ZS: Odkrywając Puszczę Bukową 2) - znów jestem w Szczecinie. Jeszcze ten wpis z przed tygodnia: Historiami Szczecina. W ogóle mogłem się stęsknić za miastem :) Typowego jeżdżenia po mieście w tym roku nie miałem poza trasą: ZS: Warszewo, Osów, i dalej!. A ogólnie byłem tutaj tylko 8 razy w całym roku. To stosunkowo nie dużo tras, jak weźmiemy rekordowy pod tym względem rok 2019 r. Gdzie po mieście zrobiłem aż 80 tras. Jednak tych lat 2019-2020 związanych ze Szczecinem nie wspominam za dobrze. Miasto to nie życie dla mnie, co wielokrotnie udowadniałem. Ja to człowiek ze wsi. I tam jest moje miejsce i szczęście. Wróćmy jednak do dzisiejszej niesamowitej przygody, po niemieckiej stronie. Oczywiście również z przejazdem po mieście, tym ciągnącym się po granice państwa miastem. Mniej czy bardziej ale tak jest, że Szczecin się tak ciągnie w niektórych miejscach coraz bardziej do tej zachodniej granicy państwa. Ostatecznie po kolejnych latach i dalszej rozbudowie z pewnością połączy się z najbliższymi miejscowościami po niemieckiej, po tej zachodniej stronie. Tylko mam nadzieję, że tego już nie dotrwam. Te miasta są i tak zbyt wielkie. Zbyt wiele z nimi problemów. A jak już o tym mowa... To dzisiaj problemem mogła być pogoda. Już w drodze na Szczecin zaczęło sypać śniegiem. No niby się tego spodziewałem ale jednak miałem nadzieję, że się prognozy nie sprawdzą. A się sprawdziły. Już z rana sypnęło. A było na minusie. Szybko się zabieliło. I było nie ciekawie pod tym względem - temp. w granicach -3℃. Wieczorem było nieco cieplej, temp. wzrosła do -2℃. Przez dłuższą chwilę miałem wątpliwości co do dzisiejszej wycieczki. Jednak ta nieplanowana (wręcz nie proszona) zima, nieco utrudniała jazdę. Nie dość, że te hamulce mi działają jak działają (nie działają) to jeszcze opony już takie po zużywane, przyczepności dobrej nie ma. Takie warunki mnie zniechęcają, nie radzę sobie z tym kompletnie podobnie jak z jazdą w terenie. Dzisiejszy wpis świadczy o tym, że się nie poddaliśmy (z JS) i pojechaliśmy w dzisiejszy wyjazd z MK. Pogoda choć męcząca - dawała nie powtarzalny urok miejsca który odwiedzaliśmy. Dawny spichlerz w Neu Grambow. Odwiedzałem te miejsce w 2021 r. w maju i w lipcu. Raz odwiedzałem je z kolegą GŻ: Neu Grambow: Getreidespeicher. Dzisiaj również w dobrym towarzystwie wybrało się w tą podróż - najtrudniej jest zawsze ruszyć. Więc jak to się udało to dalej poszło. Drogi ładnie posypane - czarne aż miło było jechać. Tylko drogi dla rowerów były takie mało przejezdne. Miejscami nawet rozważałem nawet czy nie jechać nielegalnie drogą. Tam przynajmniej nie ma śniegu i lodu. Jest więc bezpieczniej. A przecież nie będę ryzykował przez durne przepisy czy zaniedbania ze strony zarządcy drogi. Skoro mogli posypać drogę dla samochodów czemu nie posypali chodników i dróg rowerowych?! Gdzie ta równość w dbaniu o różne formy poruszania się po mieście? Przy czym lepszą i korzystniejszą dla wszystkich jest oczywiście forma roweru. Dzisiaj jest zabrakło. Choć reakcja dla samochodów była wręcz natychmiastowa. Ledwo zaczął sypać ten śnieg a już było sypane. Było to widać od razu gdy wyjechało się z Pomonarzan. Tu wyjazd był ciężki. Wszystko w lodzie i w śniegu. Ale już od ul. Ku Słońcu (przynajmniej ulicy dla samochodów) było niebo a ziemia. Po DDR nieco gorzej jednak jakoś szło się przebić. W Mierzynie było gorzej jednak dalej do przeżycia. Najgorszy odcinek drogi, poza tym w co nieświadomie się władowałem - był w Kołbaskowie aż do Przecławia. Tam tylko miejscami było nieco gorzej. A tak to całkiem znośnie. Te kilka km między Kołbaskowem a Przecławiem było taką niepewną jazdą. Drobna warstwa śniegu, miejscami rozjeżdżona. A pod nią krył się sam lód który nie stopnieje sam z siebie. Przynajmniej nie dzisiaj. Jutro? Być może. Dzisiaj -3℃ a jutro ma być +3℃. Więc im szybciej by było na plusie to w analogicznym czasie byłoby o wiele znośniej. Nie było idealnie jednak jakoś się jechało - na tych cienkich oponach (1.65"). Nie wyrżnąłem tam. Chociaż tyle. Było fajnie mimo wszystko. Uświadomiłem to sobie w Mierzynie, gdy te pierwsze problemy odpuściły - i jechało się stabilniej i lepiej w kierunku naszej podróży do Neu Grambow. Dzisiaj nie świadomie zbaczając nieco z kursu - jakoś nie poznałem tych rejonów w Niemczech w okolicach Krackow czy Nadrensee. Wydawać by się mogło, że bywałem tam więcej, ale zdaje się, że prawda jest inna. Byłem tam raz jedyny w 2019 r. I na tym opierała się moja pamięć odnośnie tej drogi i miejscowości. A to było przecież tyle tras temu - 699 tras i 28 427 km temu. Nic dziwnego, że w zimowych pejzażach, już pod nocną osłoną (ściemniało się, wkrótce zapadła noc) nie trafiłem tak jak powinienem. Zamiast odbijać w Nadrensee na Rosow i stąd na granicę w Rosówku to poprowadziłem ekipę prosto na Pomellen. Wyjechaliśmy przy tutejszej żwirowni pod Kołbaskowem. Będąc dokładnym to JS i MK wyjechali. Ja tam spory kawał prowadziłem rower. Nie dość, że na wyjeździe z Pomellen dopadł mnie kryzys mocy, droga gorsza i przy tym warunki... No to przejazdu dla mnie tam nie było. Taka rozjeżdżona byle jaka droga. Przez pola, pełno piachu kolein. A dziś dodatkowo lodu i śniegu. I tak przedzierałem się dłuższy czas do Kołbaskowa. Dopiero tam - dalej niepewnie do Przecławia - ale stabilnie się jechało. Tylko, że już zapadła noc. Było już po godzinie 16. Całkowicie ciemno i chłodno. Krótkie te dni. Jednak nie ma czego żałować bo była to naprawdę fajna przygoda. Niespodziewanie nawet w takich warunkach można było po odkrywać nowe drogi. Aż przypomina mi się ta trasa z 2019 r. Gdy jechałem na te Niemcy przez Nadrensee. Dziwne, że to tak dobrze kojarzę skoro przez tą miejscowością (poza dzisiejszą trasą) jechałem tylko raz? Na trasie: Zachodnie Niemcy.
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1 * Poprawka licznika z powodu bugów 2022 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
ID wpisu: 1148
Trasa nr [łączna]: 1228
Trasa nr [na blogu]: 1142
W tym tygodniu: 3
W tym miesiacu: 1
W tym roku: 186
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1216 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1130 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 12 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 11728.8 km
Stan Licznika Końcowy: 11784.69 km
Stan Licznika Końcowy2*: 11778.53 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 24344 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 24400 km
Maksymalna prędkość: 43.8 km/h
Przejechałem: 55.89 km
Przejechałem [msc]: 55.89 km
Przebieg roweru [rok]: 7229.86 km
Przebieg roweru [suma]: 48484.17 km
Przejechalem w 2022: 7229.86 km
Podroż dookoła świata (2022) 18.0747 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 121.2104 [%] km
Czas jazdy: 04:34:30 h
Czas Jazdy Suma (blog): 2848:48:07 h
Czas Jazdy Suma (2022): 477:53:56 h
Czas Jazdy Suma (grudzień): 04:34:30 h
Czas Jazdy Suma (ever): 3072:14:15 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 04:34:30 h
Średni czas jazdy w tym roku: 02:34:10 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:28:54 h
Średnia: 12.24 km/h
Trasa z dnia dzisiejszego rozpoczynająca pierwszy grudniowy weekend, odbywa się w pięknej zimowej aranżacji. Ten śnieg dookoła i mały mróz choć początkowo miał bardzo negatywny stosunek - mógł nawet spowodować, że bym dzisiaj nigdzie nie pojechał i odpuścił... Ostatecznie sprawie się przysłużył! Stworzył przepiękną aranżację dawnego spichlerza w Neu Grambow, co było zresztą celem dzisiejszej wyprawy. Dzięki temu powstały przepiękne ujęcia z drona tego miejsca - w wykonaniu MK. To trzeba zobaczyć samemu jakie to są ciekawe strony i na dobrą sprawę tak bliskie od Szczecina! Dobrze się stało, że się dzisiaj tutaj przyjechało. Mimo trudności organizacyjnych i wykruszeniu się potencjalnych chętnych na wyjazd - miało być nas więcej i tak było fajnie :) Cały tydzień czekałem na weekend i na ten wyjazd. I się w końcu doczekałem. Już rano od 6 nie dawałem JS spać. No nie wiem co mogą robić normalne osoby o 6 rano w sobotę? Może ktoś mi powie co się wtedy robi. Bo ja się np. szykowałem na rower. Gdybym miał ruszać z domu to pewnie chciałbym już ruszać. To dla mnie taka normalna pora do działania. No cóż, wyjazd już od pierwszych chwil ciekawy i z różnymi emocjami. Jednak ten śnieg trochę przeszkadzał. Nie można było jednak nie spróbować. Trzeba było spróbować i najwyżej by się nie udało i tyle. Tym razem jednak się udało i będzie co wspominać - bardzo fajna przygoda! Kosztowna - sporo czasu i wysiłku. Bez wątpienia było warto! Dzisiaj pojawiała się u mnie taka myśl, związana jest z wyjazdem z przed tygodnia: Historiami Szczecina. Wtedy również się nad tym zastanawiałem jak to jest - jest już ta zaawansowana jesień, wkrótce się zacznie zima. A ja nie odpuszczam. Wciąż ambitnie jeżdżę i wciąż mi mało i mało. A tak przecież już nie powinno być. Powinienem już odpuścić i dać w lepszych warunkach dogorywać temu dobitemu napędowi na którym obecnie jeżdżę już od 11 128 km (bez dzisiejszej trasy). To sporo jednak do rekordu (prawie 13k km) jednak trochę brakuje. I wątpię, że ten napęd tyle wytrzyma. Cały czas rozgrywa się taka walka między tym co padnie pierwsze: czy przerzutka czy tylne koło nie da rady. Cokolwiek by to nie było będzie oznaczać jedno, że od razu będzie trzeba się wybrać do serwisu. No jestem wstanie się poświęcić i te 2 dni, no jak trzeba będzie to i 3 dni bez Aurelii przeżyję. Ale to tylko jak trzeba będzie. Po to aby na wiosnę mnie nic nie zawiodło i wszystko działało! Od przyszłorocznej wiosny chcę działać! Rok 2022 r. nie jest taki udany, jak poprzednie. Brakuje tu tych dłuższych wyjazdów. Jednak nic nie stoi na przeszkodzie aby kolejne lata były lepsze. Trzeba o to walczyć jak o każdy kilometr dzisiejszej trasy. Tak jak wspominałem - najtrudniejsze są początki. Jak się wyjedzie, pojedzie to jakoś będzie. I jakoś tak było. Gdy mijało się zabielony dookoła świat. Niektórym zabieliło styki w mózgu. Tak było z pewnym ignorantem w srebnym audi. Na drodze między Skarbimierzyce a Dołuje. Wyprzedzając mnie wydzierał się abym spierdalał z drogi. Ale bym mu zajebał.... Śmieć jebany nie miał odwagi się zatrzymać i z konfrontować. Jak mnie takie samochodowe skurwysyny wnerwiają... Powinno się im konfiskować wszystko co mają. Bo mają za dużo. To był tego typu jedyny incydent. Choć czy na pewno? Jakieś absurdalne trąbienie na rowery się zdarzało. Trudno mi oceniać o chuj im chodzi. Po prostu te osoby w samochodach są pozbawione jakiegokolwiek trybu myślowego. Tak dojechało się do Lubczyny a potem skręciło na drogę B113. Obok której leciała nie odśnieżona droga rowerowa w stronę Krackow. Na początku to oczywiście zaliczyliśmy "śnieżny spichlerz", mały urbex. A potem dłuższa droga powrotna (w pierwszą stronę zrobiliśmy 20 km, w powrotną 35 km). Gdyby nie opisywany w pierwszym akapicie incydent z Pomellen nie byłoby tak źle. Pod koniec dnia było wyraźniej trudniej. I chłodniej i mgła gęstsza. A jeszcze ten śnieg i lód na drogach. Dało się jednak radę. Wrócić do miasta, i powrót przez rondo Hakenda w stronę ul. Mieszka I. Tam już blisko końca trasy, zaliczyliśmy posiłek, który odbudowywał siły na kolejne km w KFC przy Mieszka I. Tradycyjne danie: qurrito. Dzisiaj jednak na bogato, w wersji z dodatkami! A co tam. W nagrodę za przejechanie tak fajnej a przy tym nie prostej trasy. A była wymagająca. Nie ma co ukrywać. Nie mniej gdyby nadarzyła się taka okazja to z chęcią bym ją powtórzył. Mam nadzieję, że JS też! W końcu jej zimowy debiut został zaliczony bardzo pozytywnie! Szkoda, że zakończył się kontuzją, i koleżanka nie będzie ze mną jeździć w drugi dzień tras - na Szczeciński Skolwin - do dawnej Fabryki Papieru. Obecnie - tak aby był zachowany kontrast - istnieje tam niszczania papieru. A niektóre budynki, które się zachowały i tak są nie używane i tak. Także, tak kończy się ta piękna historia. Zaczynała się mrocznym początkiem dnia i kończy o zmroku.
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)