09.04.2024
Jazda nr: 1395

Tagi: trPracy, drzewa, wiejskie_przygody |

Trasa z dnia dzisiejszego jest obecnie moją najdłuższą i najbardziej wyczerpującą wyprawą jaką w tym roku zrobiłem. A co ciekawe jest podobna kilometrowo - różnica to raptem 2 km... Względem trasy: Czaplinek: "to co nie było i się nie wydarzyło". Jaka jest więc różnica między tą trasą z przed prawie 2 msc? Zasadnicza różnica jest taka, że okres zachorowania trochę mnie zniszczył. Mocno spadła mi forma i możliwości. Te jeszcze w lutym były na tyle duże, że mogłem z powodzeniem robić trasę 100 km... A tu taki spadek. Dałem radę dzisiaj zrobić trasę - 78 km. Trochę dużo... Zakładałem i jak sobie liczyłem wczoraj ten dystans to miało być 70 km. To i tak dużo no ale bez przesady. To na ten wyjazd złożył się dość duży dystans - prawie 80 km, nie fajna pogoda - wiało w zasadzie od rana. A na koniec dnia było w ogóle pogodowe załamanie. A do tego jeszcze dzień w szkole. W zasadzie unikałem robienia czegoś co mogłoby mnie zmęczyć i uniemożliwić po południowego spędzania czasu na rowerze. A może samo to, że kilka godzin spędziłem w tej szkole miało na mnie wpływ. Nie jestem już w końcu młody :) Aby tak szaleć. Jest jeszcze jeden argument - ten chyba przeważył wszystko. Starałem się zrobić trasę jak najszybciej! I może to mnie ostatecznie zniszczyło - pośpiech. Gdybym jechał spokojnie jak w Czaplinku może by tego nie było. A momentami to myślałem aby zrezygnować i się poddać. To w końcu kawał trasy. Już sama myśl o tym pomyśle - a celowałem w niego konkretnie w ten dzień ze względu na pogodę - dzisiaj było do +26℃, niszczyła mnie psychicznie. Często tak miałem, że psychika utrudniała jeżdżenie. W tym wypadku nie było inaczej, wczoraj późno wróciłem. Z myślą, że rano jadę i wrócę dopiero wieczorem po zachodzie słońca. Musiałbym spędzić w Dobrzycy jeszcze jakieś 1,5-2h czekają na zachód słońca. Ostatecznie zachodu nie było i było to dla mnie dość jasne jeszcze przed Dobrzycą i na kilka godzin przed planowanym zachodem słońca który dzisiaj następowałby (w Dobrzycy) o godzinie: 19:49. Ja na długo przed tym czasem byłem już w domu - będąc w nim po godzinie 18. Nie było sensu po prostu czekać. Cała trasa była wykańczająca i długa. Może byłoby inaczej gdybym tak nie szalał :P Ale wstępnie byłem na tyle ambitny, że chciałem wrócić do domu do godz. 17 aby pojechać jeszcze z JS i Agresorkiem na spacerek. Potem przełożyłem to na 18. I tak się nie wyrobiłem. Po trasie byłem o godzinie 18:33. Trochę zajęła i sporo sił ze mnie wydarła. Składają się na to jednak wspomniane czynniki: pogoda, dzień w pracy (mimo wszystko), i pośpiech. Nie jestem przyzwyczajony do takiej jazdy. A jak na moje możliwości i obciążenie z jakim jechałem to niezłą średnią wykręciłem. Jednak powiedzmy sobie tak, co innego planowałem na co innego się nastawiałem a co innego wciągu dnia wypadło. Po prostu z pewnych czynników postanowiłem czy uznałem, że byłoby właściwe dzisiaj się spotkać z JS i psiakiem i iść z nimi na spacerek... Bo z kolejnymi spacerkami może być problem - nie będą tak prędko gdyż piesek jutro idzie na zabieg i kilka dni przynajmniej będzie w słabszej formie. To z tego względu chciałem dla psiaka jeszcze atrakcję zrobić, i zabrać ją gdzieś... Nie udało się jednak pogodzić wszystkiego. Zarówno szkoły, niepewnej pogody która po południu mocno się spierdoliła. Zerwały się takie wiatry i temperatura w dosłownie 30 min spadła o kilka stopni (dokładnie o 4 stop.) z 18 do 14℃. Zapowiadane są zmiany w pogodzie od środy (10.04) - na ochłodzenie... A było już tak fajnie. I może stąd przez takie gwałtowne zmiany takie rzeczy się dzieją. A mogłem iść po prostu szybciej ze szkoły jakbym wiedział, nawet rozbić sobie urlop godzinowo i pojechać już o godzinie 13. A nie czekać prawie do 15 nim ruszyłem... I tak wyjeżdżałem dzisiaj obciążony psychicznie, zresztą tak kładłem się wczoraj spać. Obciążony psychicznie tym co będę dzisiaj robił. Kiedyś częściej jeździłem, robiło się nie jedne dłuższe trasy. A teraz tak to przeżywam, że może lepiej by było zrezygnować z trasy niż jechać. Tylko wtedy męczy mnie to, że nie jadę. Trudno jest wszystko w życiu pogodzić. Czasem zrobić coś dla siebie - jak dziś. Wyjeżdżając tak jak wyjeżdżałem nie dałem rady wszystkiego zrobić. Mogłem się tego spodziewać i tego, że zrobić prawie 60 km w 2h i tak nie dam rady... Ostatecznie miałem do zrobienia prawie 70 km - no dokładnie gdzieś 67 km. Nie zdawałem sobie jednak w tym momencie z tego sprawy no bo gdybym sobie zdawał to może w ogóle bym nie pojechał. Bez obciążenia w postaci takiej, że muszę wrócić i jechać na czas to jechałbym spokojnie jak planowałem. Nastawiłem się jednak na ten zachód słońca. Miałem takie mylne przeczucie, że dzisiaj taki będzie i go nie było... Koniec końców najważniejsze jest jednak to, że do dziewczyn dojechałem - co prawda w okolicy godziny 19 dopiero ale dotarłem... :) Nie poddałem się rano złym myślą i zmęczeniu. I po spakowaniu się pojechałem najpierw do szkoły a potem dalej - na Dobrzycę przez Gryfice - Modlimowo - Wicimice. Powrót w planowany sposób przez Starogard - Resko. Każdy odcinek dzisiejszej drogi mi się dłużył i był ciężki. Koniec końców pierwotny plan się nie zrealizował. A to może i dobrze? Zaczął się już sezon komarów a ja jeszcze nie mam środka na nie - używam Muggę. Nie kupowałem w tym roku jeszcze a zeszłoroczne się pokończyły. Te cholerne robactwo już atakuje. I byłoby trudno tak sterczeć przy jeziorze i czekać na ten zachód - dość długo. W końcu po całej trasie musiałbym czekać jeszcze ponad godzinę. A względem czasu gdy byłem w Dobrzycy? Kolejna godzina jak nie lepiej - więc czekałyby mnie ponad 2h oczekiwania... A tak nie było to nie było... Będzie jeszcze okazja pojechać. To nie daleko! I nie muszę jechać tak ambitnie jak jechałem teraz czyli przez Modlimowo - Wicimice. Mogę krócej i prościej. A może mogę być jeszcze bardziej ambitny i jechać przez Brojce? ;) Wtedy na pewno nie musiałbym oczekiwać na ten zachód słońca. Jeśli zdążyłbym dojechać to od razu robiłbym ujęcia dronem. Jakieś zdjęcia. I udał się w dłużącą się drogę powrotną do domu...
brak

* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1
* Poprawka licznika z powodu bugów 2024 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
  • ID wpisu: 1403

  • Trasa nr [łączna]: 1481
  • Trasa nr [na blogu]: 1395
  • W tym tygodniu: 2
  • W tym miesiacu: 6
  • W tym roku: 47

  • Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1468 dni [łączna]
  • Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1382 dni [na blogu]
  • Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 13 dni

  • Stan Licznika Poczatkowy: 20414.2 km
  • Stan Licznika Końcowy: 20492.44 km
  • Stan Licznika Końcowy2*: 20355.14 km

  • Stan Licznika 2* Poczatkowy: 32895 km
  • Stan Licznika 2* Końcowy: 32973 km

  • Maksymalna prędkość: 41.8 km/h

  • Przejechałem: 78.24 km
  • Przejechałem [msc]: 204.82 km
  • Przebieg roweru [rok]: 1333.59 km
  • Przebieg roweru [suma]: 57192.17 km

  • Przejechalem w 2024: 1333.59 km
  • Podroż dookoła świata (2024) 3.334 [%] km
  • Podroż dookoła świata (łączna) 142.9804 [%] km

  • Czas jazdy: 04:16:22 h
  • Czas Jazdy Suma (blog): 3425:44:12 h
  • Czas Jazdy Suma (2024): 85:14:17 h
  • Czas Jazdy Suma (kwiecień): 12:02:59 h
  • Czas Jazdy Suma (ever): 3649:10:20 h
  • Średni czas jazdy w miesiacu: 02:00:30 h
  • Średni czas jazdy w tym roku: 01:48:49 h
  • Średni czas jazdy do tej pory: 02:26:30 h

  • Średnia: 18.34 km/h
Dzisiejsza trasa jest dość długa, złożona i dość męcząca. To zresztą moje drugie podejście do tego ciekawego pomysłu - zachodu słońca na tle jeziora Dobrzyckiego. Wydaje mi się, że takie powinno być możliwe do osiągnięcia maksymalnie do maja. A więc czas gra na moją korzyść: Brak "Dobrzyckiego zachodu". Chociaż dzisiaj nabrałem pewnych wątpliwości widząc jak słońce jest znacznie dalej niż jezioro - chwilowo przebijało się przez chmury nim te całkowicie wszystko zasłoniły. Nie przejmuję się tym jednak! Dwukrotnie jak jestem a jeszcze były próby przyjechania samochodem - kończą się bez zachodu słońca a więc nie można zweryfikować tego czy tak się da czy się nie da. A jeśli się nie da to się nie da. Próbowałem, miałem ciekawy pomysł. A może jest tak, że teraz jest już za późno i jeśli już to ten pomysł mogę zrealizować zimą? Czy na jesień...? A jeśli tak to będę polował zimą czy jesienią na ten zachód. Do skutku... Zresztą można ten plan połączyć z innymi planami. Dookoła Dobrzycy jest jeszcze wiele nieznanych dróg, którymi nie miałem okazji jeździć. Jest szansa je poznać. A przy okazji zapolować na ten zachód słońca :) Trzeba próbować. Jak się nie da się nie da. Trudno. Przechodząc do samego dzisiejszego dnia był bardzo męczący. Ciężka noc, wstaję taki padnięty. Potem do szkoły a tam pomimo tego, że chciałem to wszystkiego nie dałem rady uniknąć i niekoniecznie siedziałem nic nie robiąc. Jeszcze dzisiaj była szkolna impreza - urodziny Dyrektora i to okrągłe! No bo to 60-tka. To sporo się działo. I jeszcze prawie do 15 godziny siedziałem. Późno wyjechałem. A jak wyjechałem już byłem zmęczony. Na początku jednak wierzyłem w to, że jak przycisnę to jestem wstanie dojechać nawet do tej 17-stej! Byłem naiwny prawda? Wiało i to mocno. A na początku moja trasa opierała się o jazdę właśnie pod wiatr. Mijałem zieleniejącą się naturę, i pełne kwitnącego rzepaku pola, którego zapach lub kwitnięcie w tym roku zaczyna na mnie oddziaływać. Wcześniej tak nie miałem a teraz chyba tak jest... Ciągle zatkany nos. I ciężko było jechać. Już przy wyjeździe z Trzygłowa w stronę Jabłonowa a dalej Gryfic było ciężko. Jednak w tym momencie się tym nie przejmowałem. I jechałem dalej. Były to momenty gdzie było słonecznie a jak się chmurzyło to tylko na chwilę. Minąłem tak Gryfice, i pierwszy raz znalazłem się na nowo wybudowanej drodze rowerowej w stronę Rotnowa. Tylko ta droga miała faktycznie do Rotnowa prowadzić a urywa się przy skrzyżowaniu na Stawno. A dla samochodów drogę do Rotnowa zrobili... Jebani oszuści. W samym Rotnowie jest też kawałek tej drogi. No ale co dają takie fragmenty jeśli to nie tworzy żadnej spójnej całości? A do tego droga za Rotnowem do Modlimowa remontu się nie doczekała a też jest w opłakanym stanie. Nie idzie po niej jechać. Tylko fragmentami z Rotnowa w stronę krzyżówki na Charnowo widać, że coś się będzie działo. Zrywany jest asfalt. Może będą robić. Dalej nie widać jednak postępów prac a droga się sypie i to z dnia na dzień jak jeżdżą tu bez opamiętania. A podobnie jak na innych drogach w okolicy - jeździ tu dosłownie wszystko: od maszyn rolniczych, przez autobusy po ciężarówki. I mimo fatalnego stanu drogi to szaleją, i dopierdalają. Nie można się tu czuć bezpiecznie. I może długo bym nie musiał się tak czuć. Już nie długo - walcząc z wiatrem który dosłownie wiał we mnie, na wzniesieniu w Wyszoborze chciałem się poddać. Było mi tak ciężko, czas mijał. A drogi nie ubywało. Nie wiem jak to się stało, że jakoś przemęczyłem ten fragment. Czym prędzej minąłem Modlimowo. I gdy byłem już na drodze DW112 to jakoś to szło... Do Wicimic. Bo ten fragment do Dobrzycy to była męka - najbardziej psychologiczna. Zresztą nie pierwszy raz ta droga ma na mnie taki negatywny wpływ: Psychodeliczna trasa. Taka jest... I w stronę Dobrzycy pod górkę... Więc ciężko... No ale dawałem radę - mimo upływającego czasu. Dojechałem jednak zjechany do tego stopnia, że nawet nie zajechałem do jeziora mając tam dosłownie z 300 metrów? Może i mniej... Od razu pojechałem na Starogard. Stąd już nie daleko, jeśli moje wyliczenia są poprawne to miało być jakieś 25 km. I może i tak jest ale do Płotów. Do domu jest jakieś 28 km. Może nie całe 28 km z Dobrzycy. Kolejne kilometry dawały się we znaki - szczególnie fragment do Starogardu. To było przegięcie... Dziura na dziurze co szybko zaczęło wkurwiać i męczyć. Ten cholerny wiatr... I ta szarość dookoła. Jeszcze pod Dobrzycą no może kawałek za przebijało się słońce. To były jednak jego ostatnie chwile, nim na dobre znikło za szarością. Zmęczenie swoje robiło. Trochę temp. spadła ale dalej było ciepło - okolica 20℃ spokojnie może nawet z +22℃. Nie tak ciepło jak wcześniej bo po południu faktycznie było +26℃. Mimo wszystko nadal starałem się jechać szybko. Byłem pewny, że tu będę miał wiatr w plecy! Tu - czyli już od Starogardu. Może i tak było ale jakoś tej pomocy nie czułem z tego powodu. Odcinek drogi od Starogardu po Resko ciągnął się i ciągnął. Dopiero gdy minąłem już Resko i ostatnie wzniesienie wzdłuż drogi DW152 było lepiej... Z każdą chwilą coraz bliżej i coraz więcej kilometrów. Za Reskiem przekroczyłem te 70 km. I teraz powinien być koniec. A ja jeszcze do końca drogi DW152 nie dojechałem... Dałem jednak radę! Cieszę się, że się nie poddałem i nie dałem zniszczyć psychicznemu balastowi. I dotrwałem do końca. Do dziewczyn jak wspominałem do Gryfic również dojechałem. Padnięty bo padnięty ale dojechałem. Jak ja to liczyłem i szacowałem, że dotrę w jakimś użytecznym stanie? No to nie wiem. Chyba jestem takim słabeuszem rowerowym. A może ostatnia choroba mnie tak zniszczyła? -> Makowice: Po chorobie?. No dobra aby się tak nie oskarżać - 1. Wczoraj jechałem (co prawda mało) ale jednak, 2. Dzisiaj: wiatr, prędkość. To w jakim mam być stanie? No i jeszcze 3. Szkoła, dzień w szkole. Może nie jest tak źle? Najważniejsze, że dało się radę. To nie była dla mnie łatwa próba, ale się udała. I to chyba najważniejsze. Chociaż tak naprawdę ważniejsze od tych tras i osiągnięć są pewne serduszka, do których pędziłem na koniec wykańczającego dnia.. ♥♥. Jednak tak idealnie jest gdy wszystko się udaje połączyć i życie bywa przewidywalne. A jeszcze taka uwaga na koniec bo zapomniałem wcześniej wspomnieć - dzisiaj trwały może nie tyle co wycinki a zabieranie drzew z wycinek... Całe przeładowane tiry kręciły się na drodze z Wicimic w kierunku Dobrzycy wywożąc wcześniej wymordowane drzewa... Cała ta niegdyś mocno zalesiona okolica coraz mocniej pustoszeje z każdym rokiem...

Oto jedno ze zdjęć z trasy :)



Mapa przebiegu trasy :)