Dzisiejsza trasa jest zaplanowanym dłuższym wyjazdem na przepiękne strony położone od Łobza w stronę Drawska Pomorskiego. Sporo leśnych terenów, ukrytych jezior i trudno przejezdnych dróg. Szczerze pisząc szykując się do tej trasy i w konsekwencji na nią jadąc nie spodziewałem się trudności z którymi przyjdzie mi się dzisiaj zmierzyć, ani nie spodziewałem się tego, że trasy nie uda mi się ukończyć :( Niestety ale dzisiaj moje plany pogrzebała migrena. Nie ukrywając tak od rana jak wstałem się średnio czułem ale nie chciałem rezygnować z planów. Dość ładna, słoneczna pogoda była tylko zachętą. Co prawda nie ma upału, ale był mały wiatr, odczuwalna temp. rosła.. A ja może się starzeję.. Nie wiem.. Kilka lat temu nie przeszkadzało mi jeżdżenie przy +30℃ i wszystko było OK. A w ostatnich latach coraz częściej takie wyjazdy się kończą źle - ale właśnie kończą się po wyjeździe lub na koniec trasy. Ja się coraz gorzej zacząłem czuć, będąc już w samej wsi Brzeźnica, do której dojazd nie był łatwy, odkąd mijałem Łobez w miejscu magazynów sieci sklepów Dino. Piaszczysta droga, głownie polne miejscami coraz gorszy przejazd prowadzący do malowniczej wsi Brzeźniak. A z niej ostatnie ciągnące się kilometry (ok. 4 km) do samej Brzeźnicy. I jazda w zasadzie na wyczucie, gdyż w lesie nie było nic opisane, i wskazane, którą drogą jechać, której ścieżki się trzymać. Miejscami drogi były zalane po ulewnych deszczach z ostatnich dni, ogromne kałuże, błoto i brak przejazdu. A miejscami było wręcz odwrotnie. Zbyt sucho.. Albo co gorsza rozjeżdżona przez maszyny rolnicze, i maszyny nielegalnie wycinające drzewostan drogi, po których brak było możliwości jakiegokolwiek przejazdu. Do tego atakujące całą masą robactwo, wszelkiego rodzaju muchy z całym stopniowaniem: bardzo małe, małe, średnie, duże, wielkie, bardzo wielkie.. Te same stopniowanie można przenieść na ich kąśliwość i wkurwianie. Do tego oczywiście komary.. Choć na trasie ich aż tak nie widziałem a jednak mam sporo ugryzień po komarach więc musiały być. Kilka kilometrów drogi lasem dosłownie jakieś 15 może 17 wyszło, miejscami oczywiście lepsza nawierzchnia się też zdarzała. No ale czas jaki poświęciłem na te odcinki, nie współmiernie wielki.. Przez wiele miejsc trzeba było prowadzić rower. Nie dało się jechać. Trzeba było walczyć ze wszelką masą robactwa. No ALE nie żałuję i nie narzekam - choć można mieć nieco inne zdanie ;p Ale nie. Nie nie narzekam. Była to ciężka próba, od lat (ostatnio pamiętam takie lato w 2017 r.), nie byłem chętny do jeżdżenia po lasach w okresie letnim. W ogóle nie lubię za bardzo jeździć terenowo. Żadna to przyjemność i radość - raczej męczenie się. Lepiej się czuję na normalnych ruchliwych ulicach, choć dzisiaj nie było to dobre.. Bo jak już mnie głowa boli, to przeszkadza mi wszystko - szczególnie hałas. A te nieustająco kręcące się samochody.. Niestety na trasie na migrenę mi nic nie pomogło. Jechałem z nią co najmniej od Brzeźnicy po Łobez. Ale dopiero kawałek za Łobzem w drodze powrotnej do domu - wracać miałem zamiar przez Dorowo - Lubień Górny & Dolny do Reska.. Ostatecznie zrezygnowałem z dalszej jazdy i zamówiłem sobie podwózkę właśnie od Dorowa, do którego miałem jeszcze kilka kilometrów męczącej drogi.. No ale co poradzić. Ostatecznie i tak nie jest źle. Ostatecznie zrobiłem dzisiaj prawie 100 km. Gdyby nie migrena to na spokojnie ukończyłbym trasę. W końcu z Dorowa do domu pozostawało mi do zrobienia mniej niż 20 km.. Nie byłem zmęczony, wciąż miałem siły jechać. Wciąż jeszcze miałem sporo dnia przed sobą. No ale niestety. Kto mógł przewidzieć, że dzień się tak skończy, i wielka próba się tak zakończy.. Tak niefortunnie. Na całe szczęście to co najważniejsze - samą Brzeźnicę, nowe drogi zobaczyłem. I upatrzyłem sobie kolejne miejsca do których będę chciał pojechać na taki Urbexowy wyjazd. A mianowicie dawne osiedle (PRLowskie) w Przemysławiu i podobne osiedle w Smorowinie. To będzie można zaliczyć w sumie na jednej wcale nie tak długiej trasie.. :) No ale to plany na przyszłość, na kolejne dni. A może jeszcze w tym miesiącu? Nie wiadomo, nie wiadomo.. Na razie wciąż szczerze mam nadzieje na trasę chociaż 200+ km, aby pobić mój dotychczasowy rekord 210 km. Na razie na nowo nie marzy mi się wyjazd 300+ km. Choć od zawsze mam takie marzenie, to wydaje mi się, że nigdy mi się one nie spełni, nigdy nie będę na to gotowy i nigdy nie będę wstanie przejechać takiego dystansu.. Może to nie dla mnie? :( W końcu co z tego, że się tak staram, tak pracuję, tak regularnie jeżdżę.. Jak przyjdzie co do czego i może się okazać, że nie dam sobie rady choćby z taką trasą jak dzisiaj.. A nie wyobrażam sobie jeżdżenia po 200 km i dalej, przy niskich temperaturach.. W chłodne dni. I to jeszcze wcześnie rano, przez noc. Cały czas miałem nadzieję na ładną letnią pogodę, która w tym roku jakoś nie następuje. A gdy już jest to ciągle jest połączona z silnym wiatrem, który więcej przeszkadza niż pomaga. Wiatr mógłby pomagać - jeśli jechałbym tylko w jedną stronę - jak na planowanej trasie do Poznania.. No cóż.. Moje plany planami a życie kreśli swoje scenariusze. To jednak nie moja wina, że się dzisiaj stało jak stało. Nie mogłem tego przewidzieć a nawet jeśli miałem podejrzenia, że coś może być na rzecz - nie chciałem się poddawać i nie chciałem nie spróbować. Chociaż spróbowałem i poniosłem klęskę. Co nie oznacza, że w przyszłości nie będę mógł powtórzyć tej trasy :) Chociaż będzie mnie demotywowało jechanie znowu po tych lasach.. Straszny teren.. Ale być może na jesień (Wrzesień - Październik) się jednak wybiorę. Wtedy już nie powinno być tyle robactwa. A może unormuje się kwestia terenu.. I będzie łatwiej? Trzeba mieć nadzieję!
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1
ID wpisu: 641
Trasa nr [łączna]: 723
Trasa nr [na blogu]: 637
W tym tygodniu: 4
W tym miesiacu: 11
W tym roku: 117
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 714 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 628 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 9 dni
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 3326 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 3424 km
Maksymalna prędkość: 40.7 km/h
Przejechałem: 97.71 km
Przejechałem [msc]: 578.47 km
Przebieg roweru [rok]: 4859.6 km
Przebieg roweru [suma]: 27425.33 km
Przejechalem w 2020: 4859.6 km
Podroż dookoła świata (2020) 12.149 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 68.5633 [%] km
Czas jazdy: 07:06:04 h
Czas Jazdy Suma (blog): 1508:27:41 h
Czas Jazdy Suma (2020): 310:04:21 h
Czas Jazdy Suma (lipiec): 35:50:32 h
Czas Jazdy Suma (ever): 1731:53:49 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 03:15:30 h
Średni czas jazdy w tym roku: 02:39:01 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:21:12 h
Średnia: 13.76 km/h
Trasę z dnia dzisiejszego wzbogaca szereg nowych doświadczeń. Nie wszystkie pozytywne. Otóż, miałem nadzieję bo już mnie to powoli wkurwia, że odkąd w Kwietniu tego roku robiłem nieudolny serwis Aureili u nieudolnego pajaca.. to nie było jeszcze przejechanego całego miesiąca aby coś mi nie padło, aby coś mi się nie zepsuło. Mam już tego powoli dość, i postanowiłem do końca roku niczego nie inwestować w rower, nie wymieniać, nie naprawiać. Żadnych linek, pancerzy nic. Nawet zamierzam pierdolić regulację przerzutki, która tak dziwnie działa (tylna przerzutka), podobno jej dziwne działanie ma mieć związek z problemem z prawą manetką (tył). Tylko jakoś w to nie wierzę. Po prostu nie kupuję tego, nie widzę tego, że to problem manetki bo w końcu manetka ustawia przełożenie, to łańcuch nie ustawia się na kasecie, więc jak dla mnie to kwestia regulacji przerzutki, albo problem z samą przerzutką (być może wyciągnięcie, zużycie się) - sprężyny w ramieniu przerzutki. W końcu nic nie jest wieczne, a jest ten element narażony na drgania itd. I ciężką pracę, w końcu z przerzutki się korzysta bardzo często.. A różny teren, pogoda może go dobijać. No nie mniej - postanowiłem nic nie robić. Choć prawdę mówiąc nową manetkę kupiłem. Ale nie będę jej wymieniał na siłę. Gdyby faktycznie się rozleciała co jest prognozowane od kilku miesięcy to ok. Mam już nową, będzie można od ręki to załatwić. Problem dzisiejszej trasy jest inny.. I jak tu się nie wkurwiać aby od Kwietnia (duży remont Aurelii i wydatki) nie było miesiąca abym czegoś nie wymieniał i nie robił - pierwsza padła oczywiście piasto-prądnica w przednim kole. Wtedy zdecydowałem się na przeplot koła. Spory problem. Jeżdżenie, kombinowanie było to dnia 26.04. Drugie padły pedały a w zasadzie łożysko w lewym pedale. Miało to miejsce w dniu 18.05 (wymiana), ostatni wymieniany element to tylne koło wraz z piastą z powodu rozjebania bębenka całkiem dobrej piasty w dniu: 24.06. Do dzisiaj sobie spokojnie i szczęśliwie jeździłem. Dzisiaj na drodze do Łobza od Starogardu (dawniej Starogródek) pękła mi oryginalna nóżka w Aurelii. Próbowałem się wbić jakoś na twardą ziemię, na polu aby to jakoś stało i nie przewracało się przez wieziony ciężar (wziąłem dzisiaj na trasę 3x1,5L wodę i 2x oranżadę 1,25L). Trochę słodyczy, duże zapasy i to nie tylko na dzisiaj! I tak się stało jak się stało.. Nóżka mniej więcej w połowie pękła. Więc czeka mnie kolejny wydatek, kolejna aktualizacja raportu. I tak naprawdę nie ma przejechanego całego miesiąca aby się coś nie działo! A teraz co będzie następne w Sierpniu bieżącego roku!? Padnie mi w końcu ta manetka?! Ehhh. No kurwa.. To nie jest przypadek, że ciągle coś. Co by jednak nie mówić: pedały czy nóżka mogły się wyrobić, i zepsuć. Czemu tak szybko po serwisie? Nie wiem. Ale nie sądzę, że to jest przypadek.. Ale jeśli chodzi o piasty w kołach to już ewidentnie wina serwisanta cioty jebanej z gryfic (HobbyBike) kurwa jebana bez mózg pierdolony, który wszystko na siłę pozaciskał tak mocno, że aż się połamało. Naraził mnie tylko na dodatkowe koszty i problemy. Jak to bywa, do skurwysyna do sklepu do Gryfic nie pojadę. W Nowogardzie nie zawsze coś mają, więc czekały mnie zawsze wycieczki do jebanego Szczecina i po Szczecinie.. I tak ciągle ehh.. A dzisiaj jeszcze ta nóżka. I to na początku trasy.. Dość kłopotliwe to było. Musiałem kombinować żeby mieć gdzie opierać Aurelię przy wymianie akumulatorków, czy postoi.. Kłopotliwe i męczące. Jakoś jednak dałem radę i gdyby nie migrena, dałbym radę do końca trasy dojechać. Dużo już nie zostało a jestem na to przygotowany. W końcu jeżdżę cały czas, w każdą pogodę i to nie mało! Większość dzisiejszej trasy opisałem w pierwszym akapicie, pokrótce jednak pisząc jak przebiegała - jechałem przez Resko - Starogard do Łobza. W Łobzie odbijałem na Bonin a z Bonina na Węgorsko a dalej była większa wieś Brzeźniak. Kawał nie łatwej i męczącej drogi. Do samego Łobza jakoś to szło.. Dalej było gorzej. Do Brzeźnicy to była męczarnia.. Kilkanaście kilometrów ale męczarnia.. I atak wszelakiego robactwa. W końcu jednak dotarłem do celu podróży! I mogłem pozwiedzać! Art. o Brzeźnicy - to właśnie ten artykuł w GS24 zachęcił mnie do tej wycieczki. I jak to często z takimi miejscami bywa (przykład Iglic czy Żelmowa) będę je co jakiś czas odwiedzał.. Szukałem nieco informacji na temat wsi, i dlaczego jest opuszczona, jak to się stało (podejrzewam, że stało się to w latach 90-tych), to co zastałem na miejscu każe sądzić, że ludzie wyszli stąd jak stali - bądź nigdy nie wyszli. Zostały na miejscu całe wyposażenia, których nie udało się jeszcze zgrabić - szafy, łóżka, krzesła, ubrania.. Nieco więcej o wsi piszą tutaj: Brzeźnica - wiki o wsi. Tylko dalej brakuje informacji co się stało, że została opuszczona i kiedy dokładnie. Doszedłem jednak do pewnych plotek, może ziarnko prawdy w nich jest. Otóż - wieś miał wykupić prywatny właściciel, który zmarł. Prawdopodobnie mieszkające tu rodziny też wymarli, a ich potomkowie nie byli zainteresowani mieszkać na wsi, po środku niczego.. Do najbliższego miasta - Drawsko Pomorskie jest ok. 8 km. I to jeszcze nie ma tu dobrej drogi, tylko polna przez las.. I może dlatego się tak stało.. Smutna ta historia.. Jakby się dało to ja bym jednak chętnie tu zamieszkał.. Piękne strony. Tylko te robactwo wszelakie.. Byłoby pewnym problemem :) Wycieczka nie mniej się udała.. Zwiedziłem, zobaczyłem co się dało. Większość obiektów trzyma się pozornie dobrze. Elementy konstrukcyjne - głównie drewniane - są w fatalnym stanie. Drewno zżerają robale.. Na większość dachów nie da się bezpiecznie wejść. Grozi zawaleniem.. Miejsca zostały mocno zgrabione, i zniszczone przez odwiedzających je ludzi. Tylko niektóre budynki nieco lepiej się trzymają. Po wycieczce okazało się, że nie byłem w jej głównym elemencie, starym zabytkowym kościele! W jakimś obiekcie, który uznawałem za kościół byłem, ale to jest prawdopodobnie stary młyn.. (chyba).. Choć nie wiele tam zostało.. A do kościoła nie trafiłem. Jest ukryty w krzakach, zarośnięty. Ale teraz już mniej więcej wiem gdzie się go spodziewać, to nie powinno być większego problemu z powróceniem w te strony w nie dalekiej historii, póki historia tego miejsca, dawnego majątku rodu von Borcków wciąż trwa. Bo niestety wiele z domków zdążyło się zawalić.. Nie wiele tu zostało.. Więc warto by było wrócić na te szlaki historii. A tym czasem ja musiałem wrócić do domu, wracałem przez Janikowo do Drawska. I już się nie czułem za dobrze. Mogłem wziąć od razu tabletkę na ból głowy, ale nie.. Miałem nadzieję, że mi przejdzie. IWięc spokojnie jechałem dalej. Pierwszy raz byłem rowerem w tych pięknych stronach. A niestety nie było mi dane cieszyć się tym należycie :( Minąłem Drawsko i jechałem drogą DW148 do Łobza. Po drodze zrobiłem sobie kilka postoi w tym na wzięcie tabletek na ból głowy. Drugi raz brałem tabletki na wyjeździe z Łobza. Niestety nie pomogło mi w porę. A z jazdy musiałem zrezygnować.. Na koniec trasy jeszcze miałem problem z ładowaniem akumulatorków, dosłownie kilka minut i padnięte. I dosłownie nie chciały na żadną sztuczkę się ładować.. Wkurwiało mnie to.. Choć miałem większy problem, który nie pozwalał mi się cieszyć i podziwiać pięknych widoków. Drogi z Łobza do Drawska bardzo nie lubię pokonywać samochodem. Jest kręta, wąska.. I nie czuję się tu bezpiecznie.. Ale rowerem? A czemu nie :) Jest naprawdę pięknie. Nie mniej dla mnie było źle.. Sytuacja mi przypomina mi taką z przed laty: Goleniów. Wtedy udało mi się jednak dotrzeć do domu. Nieco inna sytuacja.. Tylko okoliczności podobne. Dzisiaj się nie udało. A nie poddawałem się zbyt szybko. W końcu mogłem już w Brzeźnicy zrezygnować i zamówić sobie wstępnie dojazd do Łobza a gdyby się miało pogarszać to zostałbym po drodze zabrany. Ale nie.. Walczyłem do końca.. Choć przyjemności z jazdy już żadnej nie miałem. Tak minąłem Łobez, już nie wiele myśląc nad tym co robię. A za Łobzem, gdzie odbijałem na Karwowo, było już strasznie źle.. Pojawiały się wymioty, zawroty głowy.. Było na tyle źle, że nie byłem nawet wstanie podjechać pod większe wzniesienie.. ze Smorawiny w stronę Karwowa. To właśnie w Smorowanie odkryłem kolejne bloki do zwiedzania. Podobne jak w Przemysławiu! Tylko tych nie chroni ogrodzenie z siatki :) W normalnych warunkach bym zajechał, popatrzył co i jak. Tylko nie dzisiaj.. Dzisiaj marzyłem tylko o tym aby odurzyć się garścią tabletek, i zamknąć w zacienionym i przede wszystkim w cichym miejscu.. Do pragnienia było coraz bliżej wciąż jednak czekało mnie do przejechania kilka kilometrów.. Od kiedy dzwoniłem po taksówkę, byłem jeszcze przed Karwowem do Dorowa miałem jakieś 8 km. O ile do samego Karwowa w miarę spoko dojechałem o tyle do Dorowa coraz gorzej. I droga się pogorszyła.. Znowu polna, częściowo przez las, przez pole.. Na końcu drogi pożegnał mnie młody łoś, który swoje radary (takie śmieszne rogi ;p) poza kłosy zbóż wystawiał.. Jakby próbował namierzać to co się wokół niego dzieje :) I jeszcze chwila i jeszcze momencik, i wbiłem do Dorowa.. W końcu.. Wkrótce zjechałem do domu. W pełni nie mogę być zadowolony z takiego obrotu spraw. Uważam, że nieco straciłem szanse jakie daje dzisiejszy dzień i pogoda.. W pełni z nich nie skorzystałem.. I niestety w pełni trasy też nie zrobiłem.. Porażka? Może nie do końca ale jednak. Będzie motywacja by tu powrócić, by powtórzyć trasę - mimo wielu trudności z jakimi się wiąże. Bezpiecznego przejazdu przez las nie będę miał. A już na pewno nie w okresie letnim (robactwo).. Nie mniej co już powtarzałem - nie chcę się poddawać, i na razie chciałbym się zmierzyć z trasą 200+ km. Myślę, że jestem na nią gotowy. Wybrać sobie odpowiednią pogodę, dzień i odpowiednio się do niej przygotować i można ruszać! Póki dni jeszcze w miarę długie.. Póki jeszcze wiara i siły we mnie są! Jak nie w tym miesiącu to ostatecznie zostanie mi Sierpień. W końcu jak podają moje kroniki rekordów z 2015 i 2018 r to właśnie w Sierpniowe dni, pokonywałem te najdłuższe trasy w życiu (ponad 200 km) jednego dnia.. Co jest moim największym osiągnięciem. Choć nie którzy mają to na co dzień i dla nich nie jest to żaden problem to dla mnie jednak 100 km to nie jest mało.. Czymś w miarę normalnym przynajmniej dla mnie jest trasa taka 70-90 km. A powyżej 100 km.. To już jest coś. Nie jest to coś nie osiągalnego, ale to już jest coś.. czego się jednak nie robi często i z dnia na dzień :) A może ten cały sport, i zamiłowanie do roweru, rowerowych wycieczek nie jest mi pisany i nie jest dla mnie? :( Może się po prostu do tego nie daję i próbuję sobie wmówić, że jest inaczej ehh :(
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)