Dzisiejsza trasa - w pięknie zaczynającym się i w sumie takim będącym dniu, nie wiele jednak wskazywało, że tak mogłoby być. Ostatnie zmiany w pogodzie, i prognozowane kolejne nieciekawe dni, mogą wiele popsuć w tej kończącej się wakacyjnej aurze a także wakacyjnemu czasu, który mam po raz pierwszy od 3 lat. Ostatni raz swobodny w pełnym wymiarze tego słowa znaczeniu czas miałem w 2018 r. A potem można za taki uznać 2020 r., ale to wyjątkowy okres - "bannicwy", który przerwał trudy rzekomej "pracy" na rzecz Polskiej Milicji w Szczecinie (KWP Szczecin). Teraz już prawie rok! W dniu 01.09 minie mi rok, jestem w lepszym miejscu gdzie mogę się odnaleźć. Miejscu, które ze względu na swoją specyfikę zapewnia mi jako takie wakacje ;) Na pewno lepsze niż w tym obozie pracy jakim był KWP. Sama praca może nie byłaby do końca taka zła gdyby nie patologia, która się w niej znajdowała. A także ta otoczka miasta. Obecnie owszem, zdarza mi się wracać do miasta - ale najczęściej nie w tygodniu, gdy kumulacja ludzi, pojazdów jest strasznie duża. No i jestem tam z pełną świadomością tego, że wraz z końcem dnia powrócę do swojej krainy łagodności, i odpoczynku od tego strasznego miejsca jakim jest życie w mieście, na swoją wieś. Nie wspominam o tym bez powodu, wszak wczoraj trochę po mieście i okolicy jeździłem: Neu Grambow: Getreidespeicher. Dawne czasy, dawne wspomnienia powróciły. Kończy się także pewny okres - pierwszy rok pracy w Szkole Podstawowej, na wsi blisko mojego domu. Wspaniała historia trwa, przerywa ją jednak koniec wakacji. Coraz więcej smutku i niepewności o przyszłość. A to rysuje się głównie w barwach, w zarysie covidowych czasów, o których nie sposób zapomnieć. Gdyby w sumie nie one, nie te covidowe czasy to kto wie czy moja męka na arenie milicyjnych starć nie trwałaby dalej, jak niekończąca się bitwa na polach Valhalli. Chociaż jest to wątpliwa przyszłość. Mnogość konfliktów w pracy prędzej czy później sprawiłaby, że pożegnałbym się z tym miejscem. I w sumie nie żałuję przez wzgląd na to, gdzie obecnie się znajduję. Jakie ogromne szczęście, zyskane przypadkiem a także na gruncie życiowych wyborów, rozterek poprzedników zyskane. Fakt, nie często wspominam tu o pracy, nie to co wcześniej :) Jednak gdyby nie covid, i to, że komuś w życiu się mniej udało, to możliwe, że nie trafiłbym w te cudowne miejsce. Możliwe, że w tą konkretną szkołę czy w ogóle szkolnictwo. O pracę było trudno. W końcu starałem się o zatrudnienie gdziekolwiek przez okres 6 msc. W końcu się udało. Szczęście trwa. I kto wie dokąd mnie zaprowadzi. Może także w stronę bycia pedagogiem? (w sensie nauczycielem). Mam nawet zamiar rozpocząć studia podyplomowe online z zakresu przygotowania pedagogicznego. Przyszłość jest więc nie tyle co niepewna, co nie wątpliwie nie pozorna. Tak jak wydarzenia choćby dzisiejszej, niedługiej ale za to ciekawej trasy..
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1 * Poprawka licznika z powodu bugów 2021 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
ID wpisu: 898
Trasa nr [łączna]: 979
Trasa nr [na blogu]: 893
W tym tygodniu: 5
W tym miesiacu: 14
W tym roku: 153
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 969 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 883 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 10 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 1914.03 km
Stan Licznika Końcowy: 1954.8 km
Stan Licznika Końcowy2*: 1955.17 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 14536 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 14577 km
Maksymalna prędkość: 37.7 km/h
Przejechałem: 40.77 km
Przejechałem [msc]: 792.75 km
Przebieg roweru [rok]: 6635.98 km
Przebieg roweru [suma]: 38647.34 km
Przejechalem w 2021: 6635.98 km
Podroż dookoła świata (2021) 16.59 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 96.6183 [%] km
Czas jazdy: 02:23:17 h
Czas Jazdy Suma (blog): 2216:44:33 h
Czas Jazdy Suma (2021): 416:10:53 h
Czas Jazdy Suma (sierpień): 48:36:18 h
Czas Jazdy Suma (ever): 2440:10:41 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 03:28:18 h
Średni czas jazdy w tym roku: 02:43:13 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:28:07 h
Średnia: 17.11 km/h
Dzisiejszy dzień poprowadził mnie w ten przeważnie słoneczny dzień, z groźbą jednak tego, że będzie padać w rysującą się przepiękną historię - ciągniętą przez odkrywane w sumie nie dawno drogi. Drogi z końcem 2020 r., gdy po raz pierwszy z miejscowości Dąbie (gm. Płoty) ruszałem na Gostyń Łobeski (gm. Płoty). Nie jechałem sam tylko z matką, i mimo to, że wczoraj trochę kilometrów zrobiłem to jednak dość dobrze mi się jechało i męczyła mnie niska prędkość, spowolnienie które towarzyszyło mi na tej trasie bo i matka i jej koleżanka to za szybko nie jechali. Przeszkadzała również drogowa agresja tych pierdolonych samochodów, których jest co by nie mówić: za dużo. Trzeba ich trochę zlikwidować. Wożą się jakby byli królami i przy tym nie zważają na innych uczestników ruchu. A to nie były jedyne utrudnienia jakie towarzyszyły dzisiejszej trasie. Dzień zaczynałem z lekkimi sygnałami migreny. Na szczęście szybko minęły - oczywiście nie same, tylko po tabletkach i mogłem się cieszyć spokojem mijającego dnia. Choć pewne zaćmienie tu było. Założeniem był przyjazd do Dąbia. A z jakiegoś powodu chciałem jechać na Wicimice. Minąłem zjazd na Dąbie i pruję dalej. W ogóle nie skojarzyłem tego, że mam skręcić na Modlimowo i wiaduktem nad drogą S6 jedzie się teraz na Dąbie. Żyłem z jakiegoś powodu przeszłością, której już dawno nie ma, a wraz z nią normalnego skrzyżowania, które tu było. Dziwne to w sumie zdarzenie było. Nie spotykane dotąd. Coś sobie ubzdurałem. O czymś być może zapomniałem. Koniec końców w ów Dąbiu jednak byliśmy. A także w Gostyniu. Po drodze na Gostyń była dłuższa przerwa a wraz z nią fotografowanie motyli... ;3 Tu ich sporo było. Takie białe, brązowe w pomarańczowe plamki i takie fajne z kropeczkami na skrzydełkach. Parę ładnych ujęć udało mi się zrobić i trasa mogła trwać dalej. Przez Gostyń do Dobiesławia. Tu nasze drogi się rozstały. Matka z koleżanką gdzieś tam pojechali jeszcze (na starą stację kolejową w Dobiesławiu). A ja pojechałem na Resko. Zachciało mi się jakiś słodyczy i może napić się Coli czy Pepsi. A oczywiście nic nie mam. A te niedziele niehandlowe, handlowe... Gdzie te czasy co były niegdyś. A wraz z nimi prostsze życie.. No dobra pojechałem do Reska do sklepu Żabki bo tu miałem bliżej. A, że mieliśmy jeszcze jechać po południu na koncert do Gryfic (Gryfickie Lato Muzyczne) - to musiałem się spieszyć by zdążyć zjeść obiad przed wyjazdem. Cisnąłem więc do Reska +20km/h w powrotnej drodze nie lepiej. Poprawiająca się na po południe pogoda pozostawiała żal po tym, że tak mało dziś pojeździłem. Z powodzeniem mógłbym znacznie więcej. Żyje we mnie ta nadzieja, że jakimś cudem do końca roku kalendarzowego w tym także roku rowerowego uda mi się nazbierać kilometrów dość dużo by wyszło te 10 000 km... :) Ah, dzisiejszą szybką podróż na Resko nieco zakłócił pewny rowerzysta z Drawska. Zatrzymał się chwilę przede mną i woła bym zajechał do niego. Myślałem, że może o drogę czy coś chce spytać ale nie. Nudzi się dziadkowi i szuka towarzystwa.. No normalnie może nie miałbym nic przeciwko ale dzisiaj mnie się wyjątkowo spieszyło... :) Nie mniej tam dłuższą chwilę dotrzymałem mu towarzystwa. Przy okazji jakiś nowy kontakt rowerowy jest.. Bo przecież wszyscy rowerzyści to jedna rodzina nie? :))
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)