Trasa z dnia dzisiejszego to moje zwycięstwo nad własną słabością! Trasę na Zagórcze planowałem tak naprawdę na środę (22.04), która ostatecznie okazała się bardzo, bardzo ciężkim dniem. Nawet za bardzo ciężkim. Nie byłem na to gotowy na to jak przechodził ten chujowy dzień: Trasa Makowice-Słudwia:
- "Samotny żonkil", gdzie moją jedyną radością była właśnie przejechana trasa.. Typowa klasyczna i cykliczna trasa.. A mimo to ma w sobie coś magicznego! W końcu dlatego ma wyjątkowy tytuł ("samotnego żonkila").. I dość długi opis. W końcu się tyle wczoraj działo. A dziś nie lepiej. Dzisiejszy dzień przynosi kolejne złe informacje - o śmierci działacza społecznego, posła Łukasza Litewki. Wielokrotnie wyświetlały mi się jego wpisy. Ostatnie dotyczyły szkolnego hejtu na dziecku - które nie wytrzymało hejtu. Pisał również o innych głośniejszych sprawach. A jak wiadomo w mediach tylko niektóre patologie są nagłaśniane. A różne tragedie dzieją się każdego dnia.. Po cichu.. Hejt na dziecku - post Łukasza Litewki z Facebooka (23.04.2026 r.). A jednocześnie dziś tego samego dnia Lukasz zginął - bynajmniej w podejrzanych okolicznościach.. Czyżby naraził się wpływowym osobom?... No dobra nie będę rozwijał tematu. Od długich tygodni - nie jestem na bieżąco ani z polityką ani z tym co się dzieje. Byłem wyłączony z życia angażując się jedynie w projekt Wielkich Poprawek w Strukturze Stanu Plików - oraz bieżących spraw. A te bieżące sprawy to np. szkoła. Ta pierdolona monografia. Czy też moje rowerowe wyjazdy. Nie mniej wczorajszy dzień był słaby - jeszcze taka ciekawostka. Od 04.07.2024 r. mam skrypt - który zapisuje mi prognozę pogody z serwisu TwojaPogoda.pl. Wiem, bywa różnie. Czasem nie załapie serwer odpowiedzi i nie zapisze się na konkretną godzinę pogoda. Skrypt w ogóle był mi potrzebny po to abym się nie męczył z mapkami pogodowymi. Na przestrzeni lat jak prowadzę bloga funkcjonowanie wielu serwisów uległo zmianie. No ale w czym rzecz? W cholerny wczorajszy dzień - w ogóle nie zapisała mi się pogoda z żadnej obecnie zapisywanej godziny (7,10,12,15,18,20)... Przypadek? Nie sądzę. Po prostu ten dzień był na tyle słaby.. Na szczęście udało mi się zdobyć mapkę dzięki prognozie z katolickiego kanału Radio Maryi. Wielokrotnie mnie oni ratowali ale też nie są pewniakami. W przeszłości różne sytuacje miały miejsce.. To w sumie w skali tego co się dzieje w świecie można uznać mianem: bzdury. No i tak.. Kolejny dzień przynosi kolejne informacje. A już myślałem, że środa była naprawdę złym dniem. A dzisiejszy? Nie lepszy. W szkole nie mniej mały sukces. Zrobiłem w końcu tą monografię. Tak mi się wydawało. Zrobiłem do końca tabelę absolwentów. Wprowadzałem zmiany od polonistki - niejakiej przewodniczącej zespołu redakcyjnego. No ale na koniec przedłużającego się dzisiejszego dnia okazało się, że znów jest problem z tabelą absolwentów. Po ostatnich akcjach jakie odwala dyrekcja wielu pracowników wciąż chodzi zestresowana. To powoduje niepotrzebne nerwowe sytuacje, napięcia. I kolejne błędy. Nie mniej myślałem, że spierdoliłem po całości. Przeżywałem to całe po południe i całą dzisiejszą trasę. Oskarżając się o to jak jestem wielkim nieudacznikiem życiowym. I jak sobie bardzo z niczym nie radzę - nawet z robieniem pracy w programie: WORD... Jednak prawda okazała się zupełnie inna - te wykryte problemy to tak naprawdę mała bzdura. Po prostu lista numeryczna nie poszła od początku (od 1., 2., itd.) tylko zaczęła się sama kontynuować z poprzedniej. Word wielokrotnie tak odwala. Nawet w tej części tabeli co miałem dobrze. A już sam byłem zestresowany tym, że znowu i na nowo to wszystko jebnęło. I znowu będę poświęcał kolejne 2 dni robocze aby poprawiać tą tabelę. Zacząłem wszystko sobie analizować. Jak to robiłem. Co źle robiłem. Może popełniłem faktycznie błąd? W sensie takim, że całość pracy próbuję zamknąć w jednym dokumencie. Może powinienem to poprawiać i robić osobno? Każdy rozdział osobno. I dopiero na końcu scalić PDFy, i przygotować broszurowy PDF?... Sam nie wiem. Oceniałem się jednak słabo. Był to przedłużający się dzień w którym prócz swoich i tak wkurwiających zajęć z najbardziej wkurwiającą (i zbyt liczną) obecną klasą IV. Miałem dodatkowe zastępstwo (2 klasy na świetlicy). I jeszcze zastępstwo za Doradztwo Zawodowe w kl. VIII. I to zastępstwo na 8-mej lekcji! Było już grubo po godz. 15 nim w ogóle z domu wyszedłem. Potem jechałem do fryzjera, gdzie trochę mi się opóźniła u niej wizyta. Raz z mojej winy (bo zapomniałem o terminie). A raz z winy okoliczności. Więc dłuższy czas chodziłem taki zarośnięty. I nim wyszedłem od fryzjera, pojechałem po obiad (po pizzę). Nim z nią wróciłem i ją zjadłem to była już późna po południowa godzina. No można powiedzieć, że było bliżej godz. 17. A ja jeszcze nie ruszyłem - na wcale nie łatwą ani nie krótką trasę. Gdzie dziś nadal wieje. A miałem codziennie nadzieję, że w końcu przestanie wiać! I była to daremna nadzieja. Moja trasa, która miała odbyć się w środę (22.04) pisałem o tym we wpisie: Trasa Dąbie - Iglice: trudy dnia. Odbywa się ostatecznie dziś. I jest dla mnie osobiście zwycięstwem nad własnymi słabościami. Chcę, chciałem - żyć jak dawniej. Gdzie byłem: JA, AURELIA i niekończące się możliwości. Potrzebuję znów uwierzyć w SIEBIE. A to nie jest takie łatwe. Dzisiejszy dzień jednak przybliża mnie do tego celu. I powoli pozwala uwierzyć, że wciąż potrafię! Nie była to łatwa trasa pod względem pogody, i wyzwań jakie za sobą niosła. A te wyzwania to głównie: nie ulec słabościom. A słabość kazała mi szukać alternatyw. Zjechać na krótszą drogę. Pojechać skrótem. A ja stanowczo odmawiałem. Nie poddawałem się. I jechałem dalej zamierzoną - choć nie łatwą i dłużącą się drogą. To jest mój trzeci dzień pod rząd na rowerze. Kolejne dni robią się coraz trudniejsze. I nieustannie - codziennie wieje! A ja jednak się nie poddaję -> Nigdy się nie poddam - piosenka.. Myśl o słowach tej piosenki dość długo mi towarzyszyła na dzisiejszej trasie. W zasadzie po trasie - wyjaśniła się sprawa cholernej monografii szkoły.. Niepotrzebnie się tak mocno dołowałem tym. I widziałem na Facebooku informację o śmierci Łukasza Litewki. Jako pierwszy wyskoczył mi post Miejskiego Reportera. A potem już poszło.. Coraz większa pewność, że to niestety prawda..
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1 * Poprawka licznika z powodu bugów 2026 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
ID wpisu: 1783
Trasa nr [łączna]: 1859
Trasa nr [na blogu]: 1773
W tym tygodniu: 3
W tym miesiacu: 12
W tym roku: 54
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1844 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1758 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 15 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 30939.6 km
Stan Licznika Końcowy: 30981.36 km
Stan Licznika Końcowy2*: 30783.74 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 9301 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 9343 km
Maksymalna prędkość: 30.1 km/h
Przejechałem: 41.76 km
Przejechałem [msc]: 376.84 km
Przebieg roweru [rok]: 1122.35 km
Przebieg roweru [suma]: 67749.31 km
Przejechalem w 2026: 1122.35 km
Podroż dookoła świata (2026) 2.8059 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 169.3733 [%] km
Czas jazdy: 02:29:51 h
Czas Jazdy Suma (ever): 4323:01:11 h
Czas Jazdy Suma (blog): 4099:35:03 h
Czas Jazdy Suma (2026): 75:13:25 h
Czas Jazdy Suma (w tym msc): 24:10:55 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 02:00:55 h
Średni czas jazdy w tym roku: 01:23:35 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:17:57 h
Średnia: 16.82 km/h
Dzisiejsza trasa jest pełna trudów i wyzwań. Nie poddaję się jednak żadnemu trudowi. Najważniejsze było to, że wyjeżdżałem dość późno. Szybciej nie dałbym jednak rady. Myśl o porażce z monografią - głównym zadaniem, którym się od kilku tygodni w szkole zajmuję - była dołująca. Myśl o tym, że jadę tak późno również. Jakoś wciąż żyję przeszłością. Nie ogarniam jeszcze tego, że jest już koniec kwietnia! Zachód słońca następuje grubo po godzinie 20.. I w kolejnych dniach ta granica się przesunie! Nie muszę się tak przejmować wyjazdami przed godziną 15 najlepiej. Chociaż dzisiaj akurat późniejsza pora była dla mnie zbawienna. Było dość ciepło.. Ale.. Od rana mocno wiało. I nim się naprawdę zrobiło ciepło to były już godziny po południowe. Więc za szybko jechać nie byłoby zbawienne. Do tego mocniej wiało. Wraz z kończącym się powoli dniem wiatr nieco odpuszczał. Najważniejszy krok jednak odważnie zrobiłem. Po dzisiejszym obiedzie (pizzy) - przebrałem się w rowerowe ciuchy i ruszyłem wzdłuż drogi DW108. Kombinowałem na początku tak, że jestem zmęczony, jest już późno. To sobie najwyżej odbiję w Truskolesie i pojadę na Wytok. I tam skrótem przez pola wyjadę na Zagórcze. A z niego już mam bliski powrót. Jednak nie poddałem się tej myśli. I to mimo tego, że odcinek na Unibórz na który docelowo miałem jechać był najtrudniejszy - bo mną stop miałem pod wiatr. Wiał on silniej i lżej ale wiał. I musiałem się z nim mierzyć. A jednocześnie mierzyć się z myślami o tym jaki ze mnie nieudacznik jest, który sobie z niczym w życiu nie radzi. Choćby z tą pierdoloną monografią. Już dawno powinienem mieć temat ogarnięty. A zamiast tego ciągnę w dół zespół do którego przynależę.. :\ Nie było mi dobrze z tą myślą. Nie mijała w kolejnych etapach trasy - gdy w końcu dojechałem do Uniborza. Odbiłem na Ościęcin i Jasiel. Tu kierunek wiatru mniej przeszkadzał. Jechało się lepiej. I w końcu za Jaślem odbijałem na Zagórcze. Ostatni podjazd pod górkę. W niegdyś zalesionym terenie. Wszystko wyżynają. W ogóle - wszędzie wszystko wyżynają. Na drodze z Jaśla na Kołomąć również. Dawno tu nie jeździłem i po prostu nie widziałem skali zniszczeń jaka się tutaj dokonała. A ta skala na zawsze odbiera urok tym wyjątkowym miejscom.. I w końcu jestem w Zagórczu. Dawno mnie tu nie było.. Na rowerze od trasy: "Smutna trasa". A więc minęło już: 1016 dni. Dziś dokładnie jest 1016 dzień a jeśli dzisiejszego nie liczymy to 1015 dni. Kawał historii.. Podczas której przejechałem z Aurelią: 14 860 km, w czasie jazdowym: 954:47:01 godzin. To naprawdę ogromna liczba! Przejechałem z Aurelią blisko 1000 godzin. Nim ponownie odwiedzam tą piękną wieś. A w zasadzie jedynie jej początek. Nie wjeżdżałem dalej. Czekała mnie droga powrotna, która w powrocie na trasę: Jaisel - Kołomąć była ciężka. Bo znów pod wiatr. Zmęczenie również robiło swoje. Nie mniej.. Ogromnie się cieszę, że w końcu tu zawitałem. W końcu jestem w Zagórczu. W tych pięknych rejonach. Brakowało mi tego.. W pewnym momencie mojego życia - a te zaczęło się sypać już od początku 2024 r. - pozostawiłem za sobą wiele miejsc, które niegdyś były mi bliskie a których obecnie już mniej odwiedzam. Pozostawię jeszcze jedną ciekawostkę! Od mojego ostatniego odwiedzenia Zagórcza (12.07.2023 r.) - zrobiłem z Aurelią 512 tras. To są trasy od WPIS=1261 do WPIS=1772. Będę tu jednak znów częściej bywał. A bynajmniej taką nadzieję mam.. W końcu chcę odzyskać dawnego siebie. W końcu chcę żyć jak dawniej.. I nie bać się marzeń! Jechać.. z otwartą głową. Nawet jeśli mam jechać wbrew wszystkiemu co się dzieje. No bo co? Miałem sobie odpuścić bo jest jakiś problem z monografią? Czy z innego szkolnego powodu? No chyba nie.. Te problemy można rozwiązywać w czasie szkolnym. Nawet kosztem prowadzonych lekcji. A na pewno nie kosztem siebie. A tym bardziej wiary w siebie i własne możliwości. A mam bardzo duże niedobory tej wiary. I cóż - ostatnie odcinki - nie powiem miejscami było ciężko. Powrót przez Kołomąć aż do skrzyżowania na Trzygłów - było bardzo ciężko. A potem już z górki. Tak sobie zresztą mówiłem.. I w to wierzyłem.. Byle minąć Trzygłów i potem poleci! W drodze na Trzygłów miało miejsce dziwne zdarzenie. Wyprzedziło mnie pewne auto, które chwilę później stanęło. Otwierają się lewe tylne drzwi pasażera. I wychodzi jakiś gościu. Patrzy w moją stronę. Coś mówi do osób / osoby? Nie wiem czy było ich więcej w samochodzie (czy tylko on i kierowca) - ale nie słyszę przez wiatr co on tam mówi. Omijam ich. A oni za chwilę mnie ponownie wyprzedzają i pojechali. Dziwna i niecodzienna sytuacja.. I tak.. Minąłem Trzygłów - miałem z każdą chwilą mniej sił ale jechało się spokojnie. Wiatr nie dawał się we znaki. Nadal było ciepło i przyjemnie. I taki stan rzeczy utrzymał się do końca trasy. Z Trzygłowa wracałem na Baszewice. A z nich na Grębocin. Za Grębocinem miałem ostatnią przerwę. Taka nie wiem? Śmieszna sytuacja. Bo ogólnie ludzie stają aby zrobić sobie przerwę na papierosa. A ja staję na przerwę z chusteczkami... Wciąż męczy mnie jakaś alergia? Nie wiem co to jest. Co prawda już nie ma ten stan na mnie tak dużej mocy. I nie powoduje tak dużego dyskomfortu jak jeszcze w marcu ale nadal tak mam. I jest to nie mniej trochę męczące a nade wszystko irytujące. Ostatni postój minął. Do zachodu słońca jeszcze chwila czasu. Nie wracam tak późno jak się spodziewałem! Na początku wyjazdu już sobie wyobrażałem, że może 21 wrócę. Albo nie wiadomo o której. A tym czasem 19:30 minęła a ja byłem już w piwnicy. Nie było tak źle.. Muszę częściej wierzyć w siebie i przede wszystkim: NIE PODDAWAĆ SIĘ. Bo najgorsze co można zrobić to się poddać i nie walczyć. A mam o co walczyć. O pierwszy miesiąc (w tym roku) z zrobionym limitem min. 500 km. Kwiecień nie był łatwy. I trochę zaczyna mi brakować czasu na przejechanie tych 500 km/msc - ale właśnie - nie poddaję się. Jadę dalej. I będę walczył o każdy kilometr i każdą trasę. I to nie tylko w tym miesiącu. A również w każdym kolejnym..
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)