Trasa z dnia dzisiejszego to moja dalsza walka z migreną. Z nieustającymi zmianami w tygodniu i niepotrzebną gonitwą. Tym czasem.. Nie spodziewanie skończył się kolejny miesiąc. Szkoda, że wrzesień ma tylko 30 dni. Mógłby być dłuższy. A ja jestem do tyłu z katalogowaniem zdjęć i aktualizacją raportów miesięcznych aby zamknąć kolejny zbyt szybko miniony miesiąc - bezpowrotnie minął kolejny wrzesień. Pozostaje po nim jedynie pytanie: kiedy.. Końcówka września okazuje się dość ciężka. Sporo zastępstw w szkole. Sporo się dzieje - nie koniecznie dobrego. Sporo zaniedbań z początku roku i jeszcze z okresu wakacji nadal się za mną ciągnie. Planuję jednak w najbliższych dniach przysiąść i w końcu ten wątek zamknąć. No bo ile można.. Będzie się to tak ciągnęło tygodniami? Do tego ten mijający tydzień.. Wraz z nim ładna pogoda.. Chciałoby się pojeździć! A tym czasem rzeczywistość mnie dobija. Weekend szykuje się standardowo: rower a w niedzielę urbeks. Dni mijają zbyt szybko. Zbyt wiele się zmienia.. Nie wiele brakowało abym w tym tygodniu a dokładnie nawet dziś wiózł kota z Kamienia Pomorskiego do Bydgoszczy. Wcześniej była mowa o Toruniu. No ale nie wiele to zmienia w kontekście wciąż nie istniejącej drogi S10 od Stargardu przez Piłę na obwodnicę Bydgoszczy i Torunia (chociaż w tym zakresie). Już nie mówię o całości do Warszawy. Wspomniana droga jednak fragmentami dopiero powstaje. A jej finalizacja nie jest planowana w tej dekadzie. A więc najszybciej (dopiero..) po 2030. Do tego czasu zdąży się jeszcze wiele wydarzyć! No ale może dobrze, że ostatecznie nie jadę. Bo z tym wyjazdem i tak zaczęły wiązać się komplikacje.. I finansowe - wciąż wysokie ceny paliw. A także zbyt szybki serwis olejowy - który musiałbym zrobić jeszcze w październiku.. A mnie się to na razie nie widzi z przyczyn finansowych.. No ale dobrze, że ostatecznie kot ma podwózkę. A ja dziś i tak nie byłbym wstanie jechać :\ Od rana się gorzej czułem. A w zasadzie jeszcze nocą miałem pierwsze bóle głowy. Wyższe ciśnienie. Te kilkukrotnie zbijałem od rana. Jak spada to lepiej się czuję. Ten stan jednak nie utrzymuje się zbyt długo. I ciśnienie na nowo rośnie. I na nowo zaczynam się gorzej czuć. Miałem dziś w planie robić całkiem inną trasę.. Zmarnowałem tylko rozbity od wczoraj dzień urlopu. Bo ten czas gdzie miałem być już na rowerze to leżałem zdechnięty.. Dzisiaj nabrałem wiele tabsów i nie wiele mi to pomogło. Bo jak się źle czuję tak się źle czuję. Więc nie jechałem ani na Gryfice ani na Rzęskowo ani na Skalin / Dziadowo. A taki miałem piękny plan.. Zrealizuję go najwyżej w przyszłym tygodniu.. Dziś aby nie przeleżeć całego po południa.. Bo i szkoda pogody (było +21℃)! Cieplutko.. Fajnie.. Jak wracałem już po godzinie 18 to temp. spadła do +17℃. Przynajmniej w lesie. Bo bliżej mojego rodzinnego miasta była w okolicy +19℃. Więc nadal był to ciepły i przyjemny wieczór.. Szkoda było nie jechać. Choć nie czuję się na siłach ale ruszyłem się na dobrze znane Powalickie drogi..
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1 * Poprawka licznika z powodu bugów 2026 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
ID wpisu: 1874
Trasa nr [łączna]: 1950
Trasa nr [na blogu]: 1864
W tym tygodniu: 2
W tym miesiacu: 1
W tym roku: 145
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1934 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1848 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 16 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 34081.1 km
Stan Licznika Końcowy: 34104.31 km
Stan Licznika Końcowy2*: 33904.96 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 12405 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 12428 km
Maksymalna prędkość: 26.3 km/h
Przejechałem: 23.21 km
Przejechałem [msc]: 23.21 km
Przebieg roweru [rok]: 4245.08 km
Przebieg roweru [suma]: 70872.04 km
Przejechalem w 2026: 4245.08 km
Podroż dookoła świata (2026) 10.6127 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 177.1801 [%] km
Czas jazdy: 01:34:29 h
Czas Jazdy Suma (ever): 4516:57:13 h
Czas Jazdy Suma (blog): 4293:31:05 h
Czas Jazdy Suma (2026): 269:09:27 h
Czas Jazdy Suma (w tym msc): 01:34:29 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 01:34:29 h
Średni czas jazdy w tym roku: 01:51:23 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:17:28 h
Średnia: 14.81 km/h
Dzisiejsza trasa to piękne chwile spędzone w pięknych lasach.. Choć okoliczności są ciężkie. Za mną ciężki dzień.. Pełny nie porozumień i złych momentów. Do tego bardzo źle się już od rana czuję.. Zmarnowałem migrenowe tabletki. Niepotrzebnie brałem większe ilości aspiryny czy nurofenu. Na nie wiele mi się to zda skoro problemem jest ciśnienie. Obniżałem ciśnienie ale to na długo nie pomaga bo i tak zaczyna rosnąć na nowo. A wraz z jego wzrostem na nowo się gorzej czuję. A mimo to pojechałem. Zrobiłem te pierwsze kilometry dla października. I mogę od razu podsumować statystykę słów! W końcu to pierwszy wpis nowego miesiąca! A ta już powoli - co miesięczna farsa - nadal mnie prześladuje! Aktualnie ta statystyka słów bloga rowerowego w ujęciu do już dawno zapomnianego bloga (pamiętnika ze studiów) - Opowieści z Narnii wygląda następująco: Na blogu rowerowym:1 953 349 słów 8 351 871 litery (A-Z) 114 298 (0-9) Zaś Opowieści z Narnii: 1 980 677 słów 8 328 910 liter (A-Z) 152 410 cyfr (0-9). Jestem coraz bliższy z skończeniem robienia tego co miesięcznego przeglądu! Wystarczy tylko aby jeszcze liczba słów przekroczyła liczbę sów z bloga Narnii! Po wrześniu 2026 r. w końcu przekroczyłem użytą liczbę liter między blogiem Narnii (już dawno zamkniętym) a wciąż prowadzonym blogiem rowerowym.. Czyżby? Czyżbym w październiku miał szansę skończyć sprawdzanie tych statystyk? Nie będę czekał na zrównanie albo większą liczbę cyfr. Problem z tym parametrem już wyjaśniałem w wcześniejszych wpisach :-) Wystarczy poszukać pierwszych wpisów dla każdego kolejnego miesiąca od stycznia.. I po co mi było robić tą statystykę na 10 lat bloga? ("10 lat bloga") - bujam się z tą statystyką przez kolejne 10 msc.. No ale dobra.. Wracając już do wpisu.. Fizycznie jest ze mną źle. Psychicznie też jestem wrakiem. Wykańcza mnie samotna codzienność. Do tego okres wrzesień-listopad kojarzy mi się bardzo negatywnie ze względu na 2024 r. A od tych chwil wciąż minęło za mało czasu i za mało wydarzeń abym mógł po prostu zapomnieć i funkcjonować dalej. No i jadę.. Kolejny raz Powalicką trasą! Tak się złożyło, że akurat tu przyjechałem. Jak tu przyjechałem to w Radio Plus (tak bardzo sentymentalnie) witała mnie piosenka: Richard Marx - Right Here Waiting. To w połączeniu z barwami jesieni, powoli nadchodzącym mrokiem tworzyło taki niepowtarzalny klimat.. Wherever you go
Whatever you do
I will be right here waiting for you
Whatever it takes
Or how my heart breaks
I will be right here waiting for you.. Piękna prawda? Gdziekolwiek będziesz, dokądkolwiek pójdziesz będę na Ciebie czekać... I jak mam nie myśleć o przeszłości w takich okolicznościach.. Powalickie lasy też nie pomagają. Bo dość dobrze mi się kojarzą. Z tych właśnie dawnych - pięknych chwil. I cóż.. Tak nastrojowo ruszam. Pierwsze przeszkody po brukowej drodze. No ale nie przejmuję się tym! Jadę dalej. A wraz z końcem bruku - blokada drogi. Rozwinięta taśma. I tablica, że nie wolno, że niebezpieczne prace się odbywają. A w dupę z nimi! Nie po to tu jadę aby wracać. Dziś w te późne po południe akurat nic się tu nie działo. W odróżnieniu od sytuacji pod moim osiedlem gdzie odbywał się uciążliwe prace przy budowie tego nikomu niepotrzebnego jebanego placu zabaw. Nie dość, że się źle czuję to jeszcze te kurwy hałasują dzisiaj.. W Powalickich lasach natomiast nic się nie działo. Ta tabliczka nie była jedyna - wzdłuż PŻ15. Wzdłuż drogi PŻ16 była kolejna o wycince i zrywce drzew. Wzdłuż PŻ14 zresztą też. Całe prace - te rzekome - dotyczyły natomiast naprawiania drogi PŻ15 i PŻ16! To akurat pozytywne. Dalsze wycinki drzew akurat nie są pozytywne.. Wygląda na to, że wzięli się za te drogi. I poprawiają je. Wyrównują. Utwardzają. Informacja z tabliczki jest jednak zgoła inna.. Straszy tym, że nie wolno! I prowadzone są niebezpieczne prace. No ale jak pisałem - w dupę z nimi. Nie przejmuję się takimi pierdołami. I jadę dalej. Wzdłuż PŻ15 było miejscami ciężko. Bo nie jest jeszcze ta droga fajnie zrobiona. I trochę w poślizg wpada mi przednie koło. I nie jest fajnie jechać. No ale się przemęczyłem do PŻ14. I już było spoko.. Powrót za lasem też był już o wiele fajniejszy. Wiatr nieco się uspokoił. I wiał o wiele słabiej. I był taki fajny.. Taki przyjemny.. Przyjemny wieczorny wiatr.. Jakby nie data w kalendarzu wspomniałbym, że to początek wiosny.. A nie kolejne dni jesieni.. W tej przyjemniej aurze - aczkolwiek pozbawionej słońca.. Te dość szybko skryło się za chmurami - nastąpił mój powrót do samochodu. Nadal się źle czuję. Nadal mnie ćmi. Jednak się nie poddaję. Walczę o każdy dzień, każdą przygodę i każdy spędzony z Aurelią kilometr..
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)